|
wtorek, 24 kwietnia 2012
Superradar
O sprawie jest głośno w Warszawie od jakiegoś czasu. Teraz czas na Łódź. Jak donosi Dziennik, do stolicy strażnicy wysłali delegację, by ta ujrzała superradar w akcji. Podejrzewam, że będą stać na skrzyżowaniu i śledzić częstotliwość pstrykania, bo przecież nie jadą tam przeglądać wyciągi z konta. Chociaż to, zdaje się, najbardziej ich ekscytuje. Czy chciałbym, wybiegając nieco myślami w przyszłość, żeby w Łodzi na każdym skrzyżowaniu stał superradar? (Dlaczego super? Tylko dlatego, że ma więcej funkcji niż "zwykły" radar?). Jak by to było? Myślę, że to byłby ciekawy eksperyment, który mógłby zaowocować uspokojeniem ruchu w centrum miasta. Podejrzewam, że byłoby ciszej i bezpieczniej. Kierowcy szybko by zrozumieli, że 40km/h oznacza 40 km/h, że głębokie żółte jednak ma trochę inny odcień niż żółte żółte i jest to łatwo weryfikowalne. Pytanie, czy przy okazji miasto by się nie zakorkowało? Moje skromne obserwacje ruchu w śródmieściu zimą, kiedy wiele ulic traci jeden pas ruchu i wszyscy suną nie więcej niż 40, podpowiadają, że nie byłoby tragedii. Po prostu ruch wyglądałby inaczej - zapewne takie dokładne trzymanie się przepisów wymusiłoby pewne zmiany, wreszcie zaczęlibyśmy mówić o innej, całościowej organizacji ruchu w mieście. Dlaczego jednak superradarem ekscytują się strażnicy miejscy, a nie jednostki miejskie odpowiedzialne za organizację ruchu? I dlaczego strażnicy (zarówno w Warszawie, jak i w Łodzi) nic nie mówią o systematycznym montowaniu takich radarów na większych obszarach miejskich? Proste - bo superradar jest w rzeczywistości superkasownikiem. Dlaczego więc magistraty nie planują powszechnego golenia baranów? Bo pewnie zdają sobie sprawę, że im więcej takich radarów, tym mniej spełniają one funkcję kasowników, a tym bardziej funkcję regulatorów ruchu. Nie wspominając już o społecznym odbiorze takich urządzeń - zaraz podniosłyby się głosy protestu, pojawiłyby się blokady, górnicy rzucaliby śrubami i zorganizowałby się komitet obrony skrzyżowania. Słowem - mentalnie chyba nie chcemy (my - w sensie przeciętny uśredniony mieszkaniec Łodzi i przeciętny uśredniony decydent z wąsami) zmian i nie przyszło by nam łatwo je zaakceptować, lecz akceptujemy - ze zgrzytaniem zębów - punktowe nas kasowanie. Bez sensu.
wtorek, 17 kwietnia 2012
Promocja czytelnictwa na Starym Polesiu
Tak zajrzałem i widzę, że statsy rosną odkąd przestałem regularnie blogować. Więc atakuję. Poza tym dostałem telefon z lepszym aparatem, więc może będę więcej wrzucał.
niedziela, 01 stycznia 2012
Z nowym rokiem w śmieciach. Jak zwykle.
Gdyby łódzkie gazety zatrudniały (na umowach śmieciowych ofkors) dziennikarzy śledczych i gdyby tym dziennikarzom brakowało tematów, to uprzejmie bym im jeden podsunął. Mianowicie podział rynku wywozu śmieci w naszym pięknym mieście. My jako Wspólnota testujemy już drugą firmę (podobno w grze są trzy) i niezmiennie jesteśmy niezadowoleni z usług. Niezależnie od firmy, bardzo trudno wymóc na usługobiorcach, żeby pojawiali się w umówionym dniu, nie wspominając już o określonej godzinie. U nas na przykład jest to istotne, bo śmietnik jest zazwyczaj zastawiony przez jeden z parkujących na podwórku samochodów. I chodzi o to, żeby właściciel tego samochodu w jeden dzień w tygodniu zaparkował na ulicy, tak żeby śmieciarze mieli dobry dostęp do pojemników. No, ale panowie śmieciarze działają według własnego grafika. Ale to drobiazg w sumie. Najgorzej jest w okolicach świąt, długich weekendów itp. Wtedy bardzo często (znów przypadek obu firm!) śmieciarzom zdarza się wcale nie przyjechać i wtedy zaczyna się zabawa. Bo pojemniki oczywiście się przepełniają, więc ludzie zostawiają worki obok nich, mimo że teoretycznie wiedzą, że nie powinni. Wtedy kiedy już łaskawcy zjawią się w swoim wozie bojowym to - zależnie od ich humorów - mogą albo opróżnić pojemnik pomijając worki, które leżą obok, albo wcale niczego nie zabrać (bo w pojemniku są nie takie śmiecie, jak być powinny - z powodu przepełnienia już nikt nie myśli o segregowaniu i wrzuca tam, gdzie może), co powoduje dalsze spiętrzenie góry śmieci i problemów. Wtedy trzeba dzwonić do firmy i grzecznie prosić o wywiezienie dodatkowych śmieci, oczywiście za dodatkową opłatą. I cierpliwie czekać, aż panowie znajdą czas, bo tak się dziwnie składa, że po wolnych dniach mają dużo dodatkowych zamówień na wywóz. Wcześniej oczywiście też można dzwonić, przeklinać, słać pisma i tracić nerwy na inne równie jałowe w efekcie sposoby wyrażenia niezadowolenia z poziomu usług i podejścia do klienta. Kiedyś taki „lock-out” trwał u nas ok. 3 tygodni. Dziś trwa to już prawie 2 tygodnie, więc do rekordu jeszcze trochę. Ale dlaczego piszę o rynku? Bo ilekroć próbuję przekonać administratorkę do zmiany firmy, ta tylko uśmiecha się do mnie z politowaniem, przypominając, że już raz przecież zmieniliśmy. Szczęśliwego Nowego Roku. PS. Z "Warzywkiem" zdążyłem w ostatnim momencie ze zdjęciami wystaw, bo już tydzień później w oknach pojawiły się naklejki (na całej powierzchni szyby) ze zdjęciami produktów spożywczych z photoshopa. Bezduszna masówka!
czwartek, 15 grudnia 2011
Stare Polesie też kreuje
Pozostając nieutulony w żalu po stracie witryn spożywczaka z Gdańskiej, staram się jednak iść dalej i pocieszać czym mogę. Jak zwykle wtedy, kiedy tego bardzo potrzebuję pomocną dłoń wyciąga do mnie sklep "Warzywko", który oferuje towary rozmaite acz banalne, w tym zdaje się także warzywa. Dominują oczywiście wyroby z chmielu, żyta, winogrona i innych owoców. Kreatywne podejście dekoratora wnętrz wystawowych (czy ja już o tym nie pisałem?) doskonale wpisuje się trend panujący ostatnio w mieście, a jednocześnie niesie mi pokrzepienie w trudnych chwilach.
PS. Poza tym dziś wreszcie spełniłem postanowienie noworoczne i w czynie społecznym zamalowałem elewację kamienicy. Trochę późno, zwłaszcza, że cała akcja zajęła mi raptem godzinkę z hakiem. No ale wcześniej niestety nie bardzo potrafiłem tę godzinkę wygospodarować. Może tym razem w postanowieniu muszę zawrzeć klauzulę o terminowości wykonania zobowiązania pod rygorem... hmm... po prostu pod rygorem.
środa, 14 grudnia 2011
Znów po dłuższej przerwie
Ech, małe usprawiedliwienie. Od początku listopada do końca pierwszego tygodnia grudnia miałem na głowie kilkudziesięciu studentów z Francji, którym - mogę chyba tak to nazwać - organizowałem życie w Łodzi. No może nie całe, bo w alko i alkaprim zaopatrywali się na własną rękę, ale znaczną część. I naprawdę nie miałem chwili czasu dla siebie, lecz za to mnóstwo stresu. Dwa dni po ich wyjeździe położyłem się do szpitala i dziś w końcu dochodzę do siebie i wracam do normalności już w domu, ale jeszcze nie w pracy - stąd chwila wolnego. W tym czasie w Łodzi wydarzyło się mnóstwo rzeczy. Przede wszystkim wiadomość o przesunięciu planów budowy KDP w Polsce. Słyszałem tego njusa na żywo w radiu i od razu komentarze różnych specjalistów. Uderzyło mnie to, że pierwsze głosy były w zasadzie przychylne dla decyzji Nowaka. Ktoś z Wrocławia powiedział, że w sumie to może i dobrze, że Wrocław potrzebuje skomunikowania natychmiast i lepiej dla miasta będzie, gdy szybko powstaną porządne połączenia z Warszawą o prędkości do 200 km/h niż mielibyśmy (w domyśle jałowo i bezczynnie) czekać na KDP. Później inny "ekspert" jako jedyny minus takiego rozwiązania wskazał to, że Łódź może mieć kłopoty z uzyskaniem pieniędzy z Unii na realizację dworca, bo wniosek był tak skonstruowany, że opierał się na założeniu, że dworzec ma służyć także KDP. Trudno mi to oceniać. Jeśli chodzi o argument pierwszy, czyli lepsza porządna kolej szybka w krótkiej perspektywie niż niepewne plany KDP w średniej perspektywie, to trudno się nie zgodzić. Zwłaszcza w Łodzi, gdzie odległość do W-wy jest przecież względnie mała. Gdyby miał być pociąg jadący średnio powiedzmy 120 km/h , czyli gdyby podróż z Fabrycznego na Centralną miała trwać 60 minut, to myślę, że by to wystarczyło. Ważniejsze by było, żeby kursował często i długo (czyli do późnych godzin wieczornych). Życie na Starym Polesiu oczywiście toczy się własnym pobocznym torem, pewne rzeczy są bardziej fajne inne mniej. Nic nowego w dynamice, ale parę rzeczy warto odnotować. Na Więckowskiego remontowane są nowe kamienice - w odcinku między Wólczańską a Gdańską tuż przy nowo odnowionej pojawiły się rusztowania na kolejnej kamienicy. Nie wiem - może ten sam właściciel, może przypadek, ale może być i tak, że sąsiedzi wzięli dobry przykład z siebie. Że jest jakiś zalążek trendu. Coraz tam się robi ładniej. W tej okolicy można sobie kupić całą kamienicę - już za 6,5 bańki. Myślę, że taka cena wywoławcza świadczy o żałosnej kondycji Łodzi, a to, że pewnie ciężko będzie znaleźć kupca, tylko to potwierdzi. No, ale może się mylę. Z kiepskich informacji, to spożywczak z Gdańskiej, między Legionów a Mielczarskiego, ten który miał trzy witryny i każda z nich miała zawsze jednolitą kolorystycznie lub tematycznie wystawę niestety splajtował. Szkoda, bo był częścią kolorytu ośki. Oto upamiętniające foto:
No i na koniec jeszcze jedno info - założyłem sobie w końcu konto na fejsie, więc od dziś będę tam robił lans. W miarę oczywiście moich skromnych możliwości.
wtorek, 01 listopada 2011
Jeszcze o rowerach
Tym razem przy okazji 1 listopada i lekkiego dymu, wywołanego przez rzecznika niezmotoryzowanych. (Swoją drogą ciekawe, kto go nim mianował? Mój wredny, cyniczny nos podpowiada mi coś oczywistego, lecz moja nieustanna wiara w to, że człowiek jednak rodzi się z poczuciem żeny, które dopiero potem w procesie dorastania czasem w nim obumiera każe mi to odrzucić). O sprawie dowiedziałem się z loklanej, potem przeklikałem do rowerowej Łodzi, a stamtąd jeszcze na kolejny nowy blog Witka Kopcia, oficera. O co właściwie chodzi? O to, że w zeszłym roku Wojciech Makowski, rzecznik niezmotoryzowanych, chciał odpalić znicz, lecz biedaczek nie mógł rowerem na cmentarz dojechać, bo mu ścieżkę pozastawiali. Ale to nic. Najgorsza - domyślam się - była zniewaga ze strony policji (i pewnie TVN24), która go najzywczajniej w świecie olała. I teraz, uprzedzając olewkę służb, środowiska rowerowe wysłały pismo do ZDiT-u, na które dostały satysfakcjonującą je odpowiedź. Później jednak pojawił się artykuł red. Stańczyka, po którym ZDiT ogłosił już coś nie po myśli rzecznika i oficera. I wtedy pojawiała się akcja na Fejsie, nawołująca do zgłaszania policji wszelkich przypadków nieprawidłowo zaparkowanych samochodów wokół cementarzy. Z dokładną instruckją postępowania, mającą utrudnić przyjmującemu zgłoszenie spławienie zgłaszającego. Uff - mam nadzieję, że dobrze całość ogarnąłem. O ile dobrze rozumiem chęć wymuszenia na poszczególnych miejskich służbach (i policji) lepszego działania, o tyle zupełnie nie czaję, dlaczego oficer dał się wplątać w tak PR-owo beznadziejną akcję. Przecież to strzał w stopę! Rozumiem, że rzecznik ma uraz, chce wziąć odwet, uprzykrzyć życie tym i owym, by potem ciamkając narzekać, gdzie się da, ale na boga, dlaczego w święto zmarłych? Przecież: 1. Patologii w działaniu policji i SM jest mnóstwo, można wybierać w "akcjach", jak w ulęgałkach. OK, nie jest to oczywiście argement usprawiedliwiający zaniechanie ważnej sprawy, ale ta sprawa nie jest znów - w wachlarzu wtop SM i policji oraz "szkodliwości społecznej" "przestępstwa" priorytetowa. 2. Obyczaj odwiedzania grobów we wszystkich świętych jest jedną z bardziej zakorzenionych tradycji i pewnie jeszcze przez dobre kilka lat to się nie zmieni. Wiele ludzi w całej Polsce wsiada w samochody i jeździ nie tylko po mieście, lecz przecież po całym kraju. Wożąc reklamówki ze zniczami i wiechcie kwiatów. Nawet ci na co dzień korzystający z rowerów, jeśli tylko będą mogli, wybiorą tego dnia samochód, choćby ze względu na rodzinną grupowość wypadu i stosunkowo duży bagaż. 3. Wątpię, by policja i SM reagowały na te kilkanaście, dwadzieściaparę (typuję do 5 zatroskanach dzwoniących) zgłoszonych przypadków źle zaparkowanych samochodów, ale gdyby komuś tam odbiło na tyle, żeby sypać mandatami za parkowanie albo co gorsza nakładać blokady na koła, to życzę oficerowi i rzecznikowi szczęścia w przyszłym ugodowym załatwaniu spraw z lokalmi politykami. I dalszych sukcesów w promowaniu roweru jako miejskiego środku transportu. PS. Kończę pisać 1 listopada wieczorem. W sumie uprawiałem grobing na trzech cmentarzach. Przy dwóch widziałem sporo samochodów stojących na zakazie, drogówkę czuwającą nad jako takim przepływem ruchu i promiliową aktywność rowerową. Nie widziałem żadnego mandatu za szybą i żadnej blokady - mam więc nadzieję, że facebookowa agitka rzecznika spotkała się z rozsądnym przyjęciem!
poniedziałek, 24 października 2011
Kontrapas dla rowerów (i nie tylko) na Wólczańskiej
Od jakiegoś juz czasu się zbieram, żeby o tym osamotnionym kontrapasie napisać, ale temat pozornie słaby - choć nie bez potencjału (jakie to łódzkie;-). Kontrapas powstał w bólach, ale te, zdaje się, że już tradycyjne, nieporozumienia na linii ZDiT -- rowerzyści Makowski i Hubar, nie martwią mnie zbytnio. Co mnie niepokoi, to jedno zdanko z likowanego tekstu, które później również usłyszałem na spotkaniu z wiceprezydentem Banaszkiem w Krytyce Politycznej:
Jakie to typowe - zróbmy kawałek drogi, której wybrać nie sposób - bo kto, jak i po co miałby się na niej znaleźć na rowerze oprócz okolicznych dzieciaków, które i tak dzisiaj przecież rowerami nie jeżdżą? Co siedziało w głowie Wielkiego Kreślarza, który patrzył sobie na plan miasta i wskazał paluchem akurat na ten odcinek? Nie mogę wymyśleć żadnych miejsc powiedzmy na wysokości Mickiewicza/Piłsudskiego i na wysokości Ogrodowej/Srebrzyńskiej, między którymi miałbym się przemieścić rowerem tak, żeby najwygodniej byłoby mi machnąć te 200 metrów kontrapasem na Wólczańskiej. No po prostu niedasię. Nawet gdybym miał przejechać z rogu Wólczańskiej i Mickiewicza na róg Wólczańskiej i Próchnika, to bym albo pojechał Piotrkowską albo Gdańską, czyli na około, aż do samego Próchnika! Więc zróbmy kawałek drogi od czapy, a potem zapowiedzmy, że zobaczymy "jak zostanie odebrany" i zastanowimy się, czy jest sens robić coś więcej. Tylko uprzejmie proszę o podlinkowanie mi, jakmi narzędziami będzie mierzony "odbiór" tego kontrapasa i według jakiego algorytmu określana "zależność" dalszych tego typu inwestycji? Czyli, czy w ogóle to ktoś jakoś sprawdza? Jeśli tak, to jak? Jakie są założenia? Ile przejazdów ma być, żeby dalej ruszać z budową kontrapasów? W jakiej perspektywie czasowej? I wreszcie, co będzie się działo z kontrapasem zimą? Ostatnie pytanie bardzo mnie nurtuje, bo zima tuż za progiem i znów, jak co roku zacznie nam ubywać pasów na jezdniach. Pasy dla rowerów świetnie by się sprawdziły również zimą - i tak wiadomo, że w naszym klimacie zimą na rowerach popylają raczej wyłącznie stare hardkory, więc zasadniczo cała rowerowa infrastruktura na pół roku przestaje być większości rowerzystów potrzebna. A mogłaby służyć do składowania tam ton śniegu zalegających często do marca! Piszę to całkiem serio, bez jaj. Na Starym Polesiu naprawdę jest kłopot ze zmarzniętym śniegiem, którego nikt nie wywozi. Założę się, że kontrapas na Wólczańskiej i tak będzie zawalony zaspami - lepiej więc by było, gdyby od razu zaplanować pasy dla rowerów tak, żeby zimą służyły kierowcom i pieszym. Prezydencie Banaszek! Zimą - pasy śniegowe, latem - pasy dla rowerów! Zrobi Pan dobrze kierowcom, pieszym, rowerzystom i SOBIE. Jaki PR! Jaka innowacyjność! Jaka skuteczność! Tylko trzeba więcej tych pasów! Serio.
wtorek, 18 października 2011
Ziemia nieobiecana
Wyborcza lokalna zapowiedziała na dziś wieczór wydawało by się ciekawy wieczór autorski. Całość zapowiedzi:
Trochę się spóźniłem, ale załapałem się jeszcze na czytanie fragmentów. Potem miała być rozmowa o książce. I się zaczęło. Było o Łodzi, o demografii, o strategii marki, o strategii rozwoju, o tym, że książka jest o melancholii i o tym, że jest za mało akcji i o tym, że nie oddaje obrazu Łodzi, albo że źle oddaje. Mówił głównie radny Domaszewicz, mówił jakiś hipsterski koleś imieniem, jak zrozumiałem, Borys, mówiła dwójka ludzi, którzy niby nie byli autorami, ale krygowali się, jakby nimi byli i mówił jeszcze ktoś, kto niby miał prowadzić tę parodię spotkania autorskiego. Całe szczęście, że wejście było bezpłatne, bo gdyby ktoś przy tym poziomie żeny żądał jeszcze kasy, to byłoby to już istne szaleństwo. W zasadzie po samym tytule można spodziewać się już chały, no ale, że mam parę minut do ms cafe, i cały czas nie mam konta na FB, więc nie mogłem poświęcić 15 sekund, żeby zweryfikować to, czego nie obiecuje tytuł, to spróbowałem. Przede wszystkim czuję się oszukany - bo oprócz przeczytania paru stron grafomańskiego bełkotu w ogóle nie było rozmowy o literaturze. Było mędlenie o Łodzi, stare pierdy puszczane przez kwaśnych kolesi, że jest lepiej niż jest albo że jest gorzej niż jest i dlaczego im się tak wydaje. Nie było nic o literaturze, co w sumie nie dziwi, bo i nie było literatury. No ale jednak jest to nie fair. Przecież nie można z góry zakładać, że każdy sczytuje wszelkie bzdury z fejsa i jest przygotowany na później serwowaną ściemę w sosie koleżeńskim. Jak się zapowiada spotkanie z autorami powieści, to wypadało by później coś o powieści mówić. A nie odgrzewać kotlety o Łodzi. Szanowni organizatorzy/autorzy "projektu" nie zauważają jednej rzeczy, w którą się tym powieściowym "projektem" i spotkaniem wpisali. Rozumiem (już teraz), że "projekt" miał na celu zasianie jakiegoś (kreatywnego, dyskusyjnego?) fermentu, rozpalić trochę emocję w tym "szarym mieście". I OK, udało Wam się, jednak posłuchajcie: Wsród wielu utysków na Łódź pomineliście jedno zjawisko, dosyć w Łodzi (i nie tylko) popularne, które, moim skromnym zdaniem, przyczynia się do bylejakości tego miejsca. Otóż u nas wciąż panuje moda na powszechną ściemę - nienazywanie rzeczy po imieniu, to właśnie zaklinanie rzeczywistości, które - co sami już zauważacie - przejawia się w sztucznym tworzeniu marek, strategii itd. Sami robicie to samo: udajecie, że piszecie powieść, udajecie, że robicie spotkanie autorskie, lecz w gruncie rzeczy chodzi Wam o coś innego. O co, tego nie wiem, ale wpisujecie się w ten łódzki (polski) syfex doskonale. Pozdrowienia.
środa, 12 października 2011
Lipowa (i ciut Żeromskiego)
Kolejny spacer z aparatem, tym razem po Lipowej. Ale zaczynamy od Żeromskiego, gdzie pod numerem 77/79 ostatnio zdjęto tabliczkę i tym samym odsłonięto informację z czasów wojny o schronie (Kuba, dzięki jeszcze raz za cynk!). Poniżej, zdaje się, że już po wyjściu Niemców z miasta, ktoś chyba chciał wskazać, że w schronie nadal ukrywają się żydzi: Potem idziemy już w stronę Lipowej. Na rogu tejże i Struga kompletny remont elewacji. Ciekawe, czy Czarny Kot wyjdzie spod niej, a jeśli tak, to z jakimi zmianami?
Dalej, idąc Lipową na północ, widzimy, że pod numerem 54 mimo już zdecydowanie jesiennej aury, panuje nadal letni klimat.
W tym fragmencie Lipowa jest spełnienieniem moich marzeń (no, powiedzmy) o wyglądzie Starego Polesie. Kamienice są w większości odnowione, przed nimi rosną (a przynajmniej są) drzewa. Jeszcze tylko chodniki mogłyby być ucywilizowane:
Dalej kamienica, gdzie odbywały się pikniki Lipowej od Nowa. Ściana północna, na której był świetny mural jest odnawiana - mieszkańcy zyskają pewnie ocieplenie, stracą mural. Coś za coś:
Póżniej, na rogu z 6 Sierpnia, rozbiórka. Co będzie w zamian, nie mam pojęcia:
Poniżej update z budynku Browarów, który już nie raz fotografowałem, i o którym już nie raz pisałem. Jak widać Browary cuś nie mogą, albo nie chcą, zainwestować paru zyli w odmalowanie elewacji:
Dalej, już powyżej Zielonej, świetnie odnowiona kamienica. Na parterze znajduje się biuro Allianzu, gdzie kiedyś miałem sprawę i mogę zaświadczyć, że wnętrza tam też są świetne. Jeden mankement widoczny u góry z lewej - pamiętam, że jak remontowali, to była tam dziura, przez którą podawana na dół gruz. I teraz coś się chyba wilgoć trzyma:/
Tuż obok odnowiony budynek Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Kto pamięta, jak to wyglądało jeszcze rok temu, ten w życiu nie będzie sarkał na obecny odcień seledynu:)
A na koniec dziura. Do czego się dokopią? Jak się dowiem, doniosę.
*Update z 24.10: W weekend na Lipowej przy dziurze pojawił się dźwig, który ustawiał właściwy, budowlany dźwig w środku dziury. Od obsługujących go kolesi dowiedziałem się, że w dziurze ma wyrosnąć blok. Sześciopiętrowy. Do wiosny 2013 roku. Czyli ktoś jednak wierzy, że Nowe Wspaniałe Centrum Łodzi nie przyczyni się do totalnej zapaści tej okolicy. No chyba, że to ma być blok więzienny:-)
wtorek, 11 października 2011
Pogoda
O wyborach nie chce mi się pisać - może za wyjątkiem jednego króciutkiego, personalnego komentarza. Wielka szkoda, że Joński został posłem! Nie mam dla niego absolutnie żadnej sympatii, żadnego szacunku dla jego dokonań i tym mniej dla jego wyborów dotyczących kariery zawodowej. I chociaż niby naturalnym jest, że większość polityków wywodzi się ze szczebla lokalnego, to samorządowcy startujący do sejmu/senatu budzą moją niechęć. Owszem Joński nigdy nie wyglądał na samorządowca pełną gębą i być może nawet nie starał się udawać, że nim jest. A żałuję, że dostał się do sejmu dlatego, że po pierwsze jest to w końcu jakaś nobilitacja (przynajmniej w jego oczach), a po drugie lepej mieć krzykacza na miejscu (żeby trochę wyręczał nieudolnych lokalnych dziennikarzy) niż aparatczyka na Wiejskiej, który nic dla Łodzi nie będzie w stanie wylobbować. No, ale dosyć już o Jońskim - zaraz zniknie z horyzontu. (A pan Janek zniknie z Nescafe i teraz żeny będzie robił dla większego audytorium, ale to nihil novi). No i wreszcie można coś o pogodzie: wczoraj byłem świadkiem chyba czterech wypadków, z czego dwa wyglądały na potrącenia pieszych - jeden na Zachodniej przy przejściu dla pieszych przy Manufakturze, a drugi przy skrzyżowaniu Legionów z Żeromskiego. O pierwszej wspomnianej sytuacji nic nie wiem, tylko wnioskuję po tym, że jak przejeżdżałem był jeden samochód i akcja była przy przejściu. Przy drugiej mam dobre informacje (od sprzedawcy z Warzywka), że poszkodowaną była piesza, którą zabrało pogotowie. Dżizas ludzie, opamiętajcie się - trochę deszczu, trochę zimna, a stłuczek jak po pierwszym śniegu! Co będzie, jak w końcu spadnie? |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
O blogu
O Łodzi czytam i oglądam
Tagi
|