Kategorie: Wszystkie | ASUL | forma | materiał | miasto
RSS
niedziela, 01 stycznia 2012
Z nowym rokiem w śmieciach. Jak zwykle.

Gdyby łódzkie gazety zatrudniały (na umowach śmieciowych ofkors) dziennikarzy śledczych i gdyby tym dziennikarzom brakowało tematów, to uprzejmie bym im jeden podsunął.

Mianowicie podział rynku wywozu śmieci w naszym pięknym mieście. My jako Wspólnota testujemy już drugą firmę (podobno w grze są trzy) i niezmiennie jesteśmy niezadowoleni z usług. Niezależnie od firmy, bardzo trudno wymóc na usługobiorcach, żeby pojawiali się w umówionym dniu, nie wspominając już o określonej godzinie. U nas na przykład jest to istotne, bo śmietnik jest zazwyczaj zastawiony przez jeden z parkujących na podwórku samochodów. I chodzi o to, żeby właściciel tego samochodu w jeden dzień w tygodniu zaparkował na ulicy, tak żeby śmieciarze mieli dobry dostęp do pojemników. No, ale panowie śmieciarze działają według własnego grafika. Ale to drobiazg w sumie. Najgorzej jest w okolicach świąt, długich weekendów itp. Wtedy bardzo często (znów przypadek obu firm!) śmieciarzom zdarza się wcale nie przyjechać i wtedy zaczyna się zabawa.

Bo pojemniki oczywiście się przepełniają, więc ludzie zostawiają worki obok nich, mimo że teoretycznie wiedzą, że nie powinni. Wtedy kiedy już łaskawcy zjawią się w swoim wozie bojowym to - zależnie od ich humorów - mogą albo opróżnić pojemnik pomijając worki, które leżą obok, albo wcale niczego nie zabrać (bo w pojemniku są nie takie śmiecie, jak być powinny -  z powodu przepełnienia już nikt nie myśli o segregowaniu i wrzuca tam, gdzie może), co powoduje dalsze spiętrzenie góry śmieci i problemów. Wtedy trzeba dzwonić do firmy i grzecznie prosić o wywiezienie dodatkowych śmieci, oczywiście za dodatkową opłatą. I cierpliwie czekać, aż panowie znajdą czas, bo tak się dziwnie składa, że po wolnych dniach mają dużo dodatkowych zamówień na wywóz. Wcześniej oczywiście też można dzwonić, przeklinać, słać pisma i tracić nerwy na inne równie jałowe w efekcie sposoby wyrażenia niezadowolenia z poziomu usług i podejścia do klienta.

Kiedyś taki „lock-out” trwał u nas ok. 3 tygodni. Dziś trwa to już prawie 2 tygodnie, więc do rekordu jeszcze trochę.

Ale dlaczego piszę o rynku? Bo ilekroć próbuję przekonać administratorkę do zmiany firmy, ta tylko uśmiecha się do mnie z politowaniem, przypominając, że już raz przecież zmieniliśmy.

Szczęśliwego Nowego Roku.

PS.  Z "Warzywkiem" zdążyłem w ostatnim momencie ze zdjęciami wystaw, bo już tydzień później w oknach pojawiły się naklejki (na całej powierzchni szyby) ze zdjęciami produktów spożywczych z photoshopa. Bezduszna masówka!

 



16:59, miejskie_narty
Link Komentarze (2) »