Kategorie: Wszystkie | ASUL | forma | materiał | miasto
RSS
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Plac zabaw

Wiosna chyba już zadomowiła się na dobre, więc  dzieciaci ludzie, oraz organy wykonawcze ogranów administracyjnych, ruszyły na place zabaw. Czyli łatwo się można domyśleć, że dzisiejszy odcinek nie będzie o Starym Polesiu, ponieważ na naszym kilkudziesięciotysięcznym osiedlu trudno szukać takiego placu zabaw, na który chciałoby się komkolwiek specjalnie wybrać. A że ja akurat w tak zwanym walking distance nie mam żadnego, to jak już wsiadam w samochód, to jadę tam, gdzie spodziewam się jak najmniejszej porażki. Dziś padło na park Poniatowskiego.

Jeszcze w zeszłym sezonie plac zabaw był tam tuż przy amfiteatrze, co rzeczywiście nie było najszczęśliwszym rozwiązaniem, bo jak wiadomo, amfiteatr służy głównie do przesiadywania tam ciepłymi wieczorami, rzucania przed siebie puszkami po piwie z biedronki i pstrykania kiepami na prawo i lewo. Co słabo wpływa na jakość nawierzchni, po której następnego dnia hasają dzieciaki. W tym roku plac przeniesiono kilkanaście metrów na wschód, ogrodzono pięknie, a alejki wyłożono, ze względu na bezpieczeństwo dzieci - nie jakąś gumopodobną pianką, która nie dość, że jest miękka, przez co trudniej zachować brzdącom równowagę, to jeszcze pewnie z jakiejś rakotwórczej, chińskiej mieszanki jest zrobiona - lecz starą, dobrą, betonową i ekologiczną kostką Bauma. Między alejkami jest drobny piasek. Taki, jaki czasem jeszcze spotyka się w popielniczkach w miejscach publicznych. Sprzęty oczywiście raczej nienowe - po co, skoro stare, metalowe jeszcze były zupełnie niezniszczone?

I  dziś właśnie, po 16 przybyłem na ten nowy-stary plac zabaw, by spotkać się ze swoimi pociechami. Wszystko przebiegało bardzo doobrze, dopóki nie wszedłem na karuzelę. Bo okazało się, że synek, po złapaniu się uchwytu całkowicie rozmazał świeżutko położoną, żółtą farbę na uchwycie! Owszem, wcześniej widziałem na intensywnie zielonych ławka karteczki z napisem świeżo malowane, ale to było na ławkach.

Po krótkiej kwerendzie dowiedziałem się, że rzeczywiście kilka minutut wcześniej kręcili się kolesie, którzy przyznawali się do wcześniejszego dokonania aktu renowacyjno-dekoratorskiego. Niestety, udało mi się tylko pstryknąć ich odwrót żółtym kangoo i zielonkawą octavią (gdyby ktoś chciał mam foty). Nie muszę chyba dodawać, w jakim stanie były ubrania co niektórych dzieci. Dziś być może nie było jakiś strasznych tłumów, ale jednak trochę ludzi się przewijało i naprawdę nietrudno to było przewidzieć.

Jaki z tego morał? Dosyć oczywisty: nie chcę tutaj generować opowieści z cyklu urzekła mnie twoja historia, lecz naprawdę krew mnie zalewa, gdy widzę debilizm ludzi malujących w środku słonecznego dnia huśtawki, karuzele i inne takie, na których dzieciaki uwielbiają się bawić, bez wyraźnego i jasnego ostrzeżenia. OK, ławki chciało się panom oznakować, ale dlaczego na boga nie zamknęli całego placu na jeden dzień i nie pomalowali wszystkich sprzętów na raz? Tylko głupota i brak wyobraźni, czy coś poza tym?

PS. Oczywiście panowie nie zamalowali gwiazdy Dawida na baraku (może to nawet ich hotel?) spojącym kilka metrów za placaem i na spodzie zjeżdżalni. Widocznie nie było tego w kontrakcie.

22:53, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 kwietnia 2011
Wróciłem z Kopenhagi

Byłem przez prawie tydzień w Kopenhadze i, gdybyście nie wiedzieli, spieszę poinformować, że to piękne miasto różni się nieco od Łodzi. Oto kilka przykładów.

Może to wynika z charakteru mojego wyjazdu, ale jednak nie sposób nie uogólnić, że dla wielu kopenhażan (a może po prostu Duńczyków) dziś dużym wyzwaniem jest zmiana tradycyjnych źródeł energii na odnawialne (czy inaczej - zielone bądź czyste). Podobno rządy duńskie (ten i przyszłe, powyborcze) obrały sobie za cel całkowite przejście z paliw kopalnych na odnawialne (słońce, wiatr, biomasa) do 2050 roku! I podobno mieszkańcy (tak organizacje komercyjne, niekomercyjne, jak i zwykli ludzie) to akceptują i tego chcą. Czyli zero samochodów spalinowych, zero węgla w przemyśle, zero pieców grzewczych w domach itd. Dlaczego piszę o tym w nawiązaniu do Łodzi? Oczywiście nie oczekuję, żebyśmy teraz w papuzim odruchu także ogłaszali podobne deklaracje, tym bardziej, że w naszym przypadku, coś mam wrażenie, mogłyby okazać się jakoś tak mniej wiarygodne. Ale jednak fajnie jest poobserwować ludzi pełnych optymizmu i wiary w to, że wizja ich kraju (którą ktoś inny dla nich nakreślił) jest możliwa do osiągnięcia. Gdy słuchałem ich argumentacji, to naprawdę trudno było znaleźć w niej słabe punkty (nie wspominając już o jakichkolwiek błędach ich porządnej angielszczyźnie).

I oczywiście zdaję sobie sprawę ze swojej pozycji: gościa, laika, widza i słuchacza. Niemniej, gdy myślę o deklaracjach lokalnych polityków, to nie widzę niczego, co sięgałoby 40 lat wpórzd. Nie wyobrażam sobie naszych naukowców z entuzjazmem mówiących o wizjach polityków; nie pamiętam, bym słyszał coś o redefiniowaniu Łodzi. A tam, mimo że sama Kopenhaga wydaje się pokuładana jak mało które miasto, mówi się o redefiniowaniu wszystkiego właściwie.

Przecież Łódź - wydawało by się - jako miasto młode, podnoszące się po latach biedy, jest idealne do snucia wizji o nim. Wszyscy chętnie nawiązujemy do Ziemi Obiecanej, ale bez żadnej refleksji. Niby coś tam się brzdęka o przemysłach kreatywnych, niby jest projekt NCŁ, ale spójnej, wiarygodnej, uzasadnionej wizji charakteru miasta w 2050 ani widu, ani słychu.

Kiedy wreszcie dojrzejemy do tego, by wydusić z siebie, jakiej właściwie Łodzi chcemy? Nie tylko, że kreatywnej, ale żeby to było podszyte konkretem. Jak dostrzeżemy na przykład to, że Łódź jest brudna w dużej mierze dlatego, że mnóstwo miekszań w Śródmieściu jest ogrzewanych przy użyciu piecyków różnej maści, które zostawiają taki osad, że kamienice remontowane 3 lata wcześniej wyglądają, jakby pokryte były kurzem od dekady, to może też powiemy - chcemy Łodzi wolnej od spalin. Gdy wreszcie nauczymy się tak kłaść drogi, żeby nie pojawiały się w nich dziury po roku od oddaniu do użytku, to może powiemy sobie - nigdy więcej dziur! To chyba nie jest kwestia braku pieniędzy, lecz przede wszystkim określenia jakichś (ogólnie akceptowanych) celów i konsekwencji w ich realizownaniu według przemyślanego i mądrego planu.

Kiedy oglądałem estakadę kolejki naziemnej w Ørestad, to miałem wrażenie, że jest ze dwa razy mniejsza od estakady przy Kaliskim. A zbudowano ją, żeby tam wyznaczyć stację - tylko po to, by oszczędzać energię, gdy kolejka podjeżdża na stację i gdy rozpędza się ruszając z niej w dół! Kto u nas zaprząłby sobie głowę takimi detalami?! W pociągach są oczywiście miejsca dla rowerów, które - o dziwo - jakoś nie sieją spustoszenia w wagonach. Zresztą wystarczy porównać ergonomię wnętrz:

i:

Nie będę już pisał o psich kupach (tu), rowerach (tam), architekturze Ørestad (jest, jest imponująca) i NCŁ (nie ma, nie ma nie wiadomo jakiej) i o wszytskich innych aspektach różniących stolicę zamożnego państwa od zadupiastego miasta biednego państwa. Piszę tak naprawdę o różnicach w świadomości, nie wiem jak ją nazwać - cywilizacyjnej?, organizacyjnej, informacyjnej? Świadomości tego, że jest się częścią większej całości, w której trzeba jakoś funkcjonować. I w której łatwiej się funkcjonuje, gdy zaakceptuje się właśnie ten fakt. Tego możemy się od Duńczyków uczyć. Myślę, że najlepszą decyzją, jaką Zdanowska może w ogóle zrobić w swojej kadencji (-ich, -ach), to ustanowienie dofinansowania dla każdego łodzianina, by spędził 3 dni robocze w Kopenhadze. A najlepiej odwiedzając swojego kolegę po fachu i podlądając do w pracy!

00:06, miejskie_narty
Link Komentarze (4) »