Kategorie: Wszystkie | ASUL | forma | materiał | miasto
RSS
środa, 30 czerwca 2010
Spór o napis na murze

Historia napisu opisana przez łódzką Wyborczą jest niewiarygodna. Po pierwsze trudno zrozumieć, dlaczego w rejonie, gdzie na ścianach aż roi się od "żydzewów" i "kurew", Straż Miejska upatruje sobie akurat ten niewinny napis. Albo ktoś to rzeczywiście zgłosił, albo po prostu zauważyli go, bo jest duży. Tak czy inaczej, nie widać tu zdrowego rozsądku. W razie gdyby panowie i panie strażnicy nie wiedzieli, gdzie szukać czegoś bardziej uchybiającego przyzwoitiści, to proponuję przejść się Lipową kawałeczek dalej:

Zdjęcie co prawda starawe, ale wygląd sklepu firmowego niezbyt się zmienił.

Po  drugie, zupełnie nie mogę zaakceptować postawy właściciela, cytowanego w artykule. Rozumiem, że nie chce on usuwać napisu, bo obawia się, że w zamian pojawi się tam coś gorszego. Jednak takie postawienie sprawy jest de facto przyznaniem się do bezsilności wobec kiboli, jest bierną zgodą na wandalizm. Takie uzasadnienie swojej decyzji jest niepojęte. Co innego, gdyby on sam był kibolem i sam był sprawcą nieszpecącego, nieobraźliwego napisu. Wtedy sytuacja byłaby inna. Bo jeśli nie ma wytycznych w sprawie wyglądu elewacji i ich estetyka jest uznaniowa, to w czym gorszy jest napis "Łódzki Klub Sportowy" od napisu "Solarium"? W niczym.

Dla mnie absurdalne jest, że właściciel spiera się ze Strażą Miejską o coś, co w ogóle nie powinno być przedmiotem sporu. Absurdalne do kwadratu jest to, że ofiara wandalizmu wchodzi w konflikt ze stróżami prawa, który skutkuje absurdalną korespondencją. Jak to się skończy - nie wiadomo.

Lekcja z tej historii jest taka, że powinno być jednoznacznie określone, co na własnej ścianie może być, a co kaegorycznie jest zabronione. Czy można reklamować salon fryzjerski zlecając grafficiarzowi-amatorowi wykonanie "dzieła" na elewacji? A przede wszystkim Straż Miejska powinna nauczyć się rozmawiać z ludźmi. Owszem ja tutaj utyskuję na motywację i argumentację właściciela, lecz przecież w świetle przepisów nie ma to znaczenia. Jeśli nie ma regulacji, napis jest nieszpecący i nie przeszkadza właścicielowi, to Straż mówi przepraszamy, dziękujemy, polecamy się do usług i idzie do Browarów Łódzkich. Tylko co, jeśli kierownik, yyy, menedżer, powie, że im napisy ze zdjęcia zamieszczonego powyżej nie przeszkaszają? Że może ewentualnie zamalować gwiazdę Dawida, jak to miało miejsce przy Próchnika? To wtedy jest problem. Bardzo jestem ciekaw odpowiedzi Straży Miejskiej. Czy GŁ ją poda?

Póki co powołują się na bliżej niesprecyzowane przepisy, które mówią, że elewacje powinny wyglądać tak, jak przewiduje projekt architektoniczny. Ciekawe, czy projekty architektoniczne wielu kamienic z centrum przewidują np. ciapy z zaprawy w miejscach urżniętych balkonów, bądź płyty wiórowe w miejscach wybitych okien? Jeszcze ciekawsze, kiedy gminna Straż Miejska zacznie wlepiać madnaty gminnym AN-om, jak tylko okaże się, że jednak nie:-)

 

 

18:45, miejskie_narty , forma
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 czerwca 2010
Grassroot

Czyli inicjatywy oddolne, społeczne.

Sporo się ostatnio dzieje na Starym Polesiu. Nniestety w niewielu z tych imprez mogłem brać udział, jednak duchowo wspieram wszystkie. Przede wszystkim działają ludzie, którzy zapoczątkowali tutaj ferment, robiąc różne akcje, o których - biję się w piersi - za mało piszę. Jedna z ostatnich zaowocowała takim czymś na ścianie kamienicy przy Pogonowskiego:

Nie wiem, co to ma wyrażać, nie wiem, co to ma symbolizować, nie wiem, czy to jest ładne, ale jak dla mnie jest to bomba. Bomba intrygująca, zmuszająca do zastanowienia się przez chwilę, "co autor miał na myśli". Samo to już jest wartością.

Przerwanie monotonii krajobrazu odrapanych kamienic, kolory latawca na pustej i smutnej wcześniej ścianie, pomysł, by zaingerować w tę powoli zapadającą się okolicę czymś nieoczekiwanym i niebanalnym są rewelacyjne.  Bardzo żałuję, że mnie tam nie było. Ciekawi mnie, ile kosztuje wykonanie takiej pracy - zwłaszcza w kontekście, który nie daje mi spokoju, czyli narożnika Lipowej i Próchnika, widocznym we fragmencie zdjęcia w "czołówce" bloga:

Piszę dziś na kolanie o inicjatywach, bo Brajt zachęca do odwiedziń koszarów Strzelców Kaniowskich, nim zostaną zburzone. Nic nie wiedziałem o planowanym wydarzeniu (ani o wyburzeniu) poza tym i tak jutro po południu pracuję, niemniej mam nadzieję, że uda mi się koło 11 zajrzeć na Legionów i Żeligowskiego, by zobaczyć, co się dzieje.  I zachęcam Was do tego samego.

23:54, miejskie_narty
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Galeria Młodzi

 

 

To zdjęcie galerii fotografii z Gdańskiej. Byłem tam kiedyś, kilka tygodni po otwarciu, i zamieniłem parę słów z pracownikiem(?), próbując trochę wybadać, nie tyle konkretnie czyja jest ta galeria, ile na jakiej zasadzie działa. Dowiedziałem się jedynie, że nie jest to miejska inicjatywa, lecz prywatne przedsięwzięcie. Ostatnio co przechodzę, to zamknięte.

Mam nadzieję, że nie zbankrutowali (o ile można mówić o bakntuctwie w przypadku galerii). Ich strona zaprasza na wernisaż z lutego 2010 r., więc nie wygląda to dobrze. Szkoda by było.

Kiedy myślę o amblitnych (i artystycznych) inicjatywach na Starym Polesiu, to mam dwie refleksje. Z jednej strony jest w sumie sporo państwowych instytucji kultury, które mają się nie najgorzej: jest oczywiście MS, jest MS2 w Manufakturze, jest Akademia Muzyczna, są teatry. w tym klimatycznie wyglądający, zwłaszcza w nocy, teatr lalek Arlekin. Dużo można pisać o różnych aspektach działania tych instytucji, tylko wspomnieć rozgrywki polityczne w Nowym! Dla mnie najważniejsze jest to, że większość (wyjątki to MS i Arlekin) z nich jest raczej zamknięta na otoczenie i funkcjonuje na Starym Polesiu trochę wyspiarsko. Czyli od premiery do premiery, od wernisażu do wernisażu. Pomiędzy nimi - pustka. Gdy w Powszechnym jest MFSPiN i gdy wystawia ktoś w rodzaju Klaty, to widok podjeżadżających na Legionów wypucowanych samochodów wartych więcej niż mieszkania w tamtejszych czynszówkach i widok wypłoszonych eleganckich ludzi czmychających z zażulonego parkingu pod Carrefourem, by bezpiecznie w końcu zasiąść na widowi dodaje festiwalowi sztuk przyjemnych i nieprzyjemnych nieoczekiwanego choć stosownego smaczku.

Druga strona medalu, to instytucje "prywatne". Te niestety mają się znacznie gorzej. Pewnie nie jest to specyfika tylko Starego Polesia, bo wiadomo, że kultura dochodowa bywa głównie w przypadku fundacji i festwiwali połączonych różnymi nićmi z organizmem publicznym, lecz mimo wszystko chyba jest gorzej niż przeciętnie. Na Próchnika była przez może rok Księgarnia Odkrywcy i się zwinęła (choć oni zwijają się z różnych lokalizacji - dzisiejsza, to o ile pamiętam trzecia czy czwarta). I jest (była) to jedyna znana mi "ambitna", czyli nienastawiona na podręczniki księgarnia tutaj. Na Gdańskiej, mniej więcej w okolicy Więckowskiego, funkcjonowała przez jakiś czas pralnio-kawiarnia. Tak długo zbierałem się, żeby tam zajrzeć, aż w końcu padła. W ogóle instytucja kawiarni na Starym Polesiu raczej jest niepopularna. Wyjątkami są skromne, często pojedyncze, stoliki w ciastkarniach, gdzie do bajaderki można zamówić kawę. Posiedzieć i pogadać się nie da. Jest prywatny Teatr V6, w którym wstyd przyznać, nie byłem. Wyglada na to, że to chlubny wyjątek i instytucja, która radzi sobie dobrze. Obiecuję sobie, że coś więcej o nich napiszę. Oczywiście są kluby, z Wytwórnią Toi na czele. Ale to trochę inna kategoria, więc nie będę teraz o tym pisał. Jest teatr filmówki, jest teatr Logos, ale znów, wydaje mi się, że to trochę inna bajka, co nie znaczy, że uważam ją za gorszą.

Co "niezależnego", oddolnego poza tym?

 

23:12, miejskie_narty , materiał
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 czerwca 2010
Piotrkowska

Już kolejną notkę w swoim blogu poświęca red. Domarecki z Dziennika na forsowanie tezy o przywróceniu ruchu na Piotrkowskiej. Wyborcza tradycyjnie nie podejmuje na ten temat dyskusji, lecz broni starej koncepcji i nowego (względnie) menedżera z Kalki. Przycznynkiem do nowych głosów w dyskusji jest prostet "kupców" (opisany także w ), którzy chcą "ratować" Piotrkowską po swojemu. Czyli zwolnić Adamiaka i zostać przy dotychczasowej wolnej amerykance.

Rzeczywiście, gdy kilka miesięcy temu przeczytałem pierwszy raz notkę red. Domareckiego z argumentami za przywróceniem ruchu na Piotrkowskiej, to dało mi to do myślenia. Wcześniej uważałem "kupców" za ludzi kierujących się jedynie własnym dobrem, w istocie dbających o Piotrkowską o tyle, o ile z niej ciągną zyski. I jest im obojętne, jak ona będzie wyglądała, pod warunkiem, że klineci w ogródkach w sezonie letnim będą mogli bez oporów, w masowych ilościach, jak to kiedyś młodzież mówiła - łoić bronksy. Zresztą nadal tak uważam. Tyle tylko, że teraz dopuszczam myśl, że przypadkiem mogą oni coś sensownego powiedzieć, więc nie należy z zasady odrzucać tego, co mają do powiedzenia, lecz w spokoju rozważyć.

O ile  nie mam złudzeń, że w obecnej formie Piotrkowskiej nie da się reanimować, o tyle jednak myślę, że część jej powinna być deptakiem. Nie odcinek od Mickiewicza po pl. Wolności, jak zwykło się przyjmować, lecz znacznie krótszy - np. od Roosevelta do do 6 Sierpnia. Zdaję sobie sprawę, że wydzielenie takiego odcinka to będzie walka na śmierć i życie, ale trudno. Jakieś kryteria trzeba obrać (zostawiam to mądrzejszym od siebie) i cięcia należy dokonać. I wtedy ten odcinek powienien być prawdziwym deptakiem - z absolutnym zakazem wjazdu (poza oczywistymi wyjątkami). Reszta Piotrkowskiej, jak i reszta wcześniej wydzielonego centrum (znów: walka na śmierć i życie), powinna być obszarem uspokojonym.

To hasło podnoszą ostatnio rowerzyści, ale przecież takie rozwiązanie jest dobre dla wszystkich, nie tylko dla nich. Gdyby realnie wymusić, poprzez wprowadznie odpowiednich zmian prawnych i rozwiązaniań technicznych wolną, cichą i bezpieczną jazdę samochodów? Czyli po prostu przebudować tę przestrzeń, w której dziś między ścianami budynków po przeciwległych stronach ulicy znajduje się zazwyczaj dziurawa, dwupasmowa, jednokierunkowa jezdnia, po której pędzi się ile się da (czasem 20 na godzinę, innym razem 80) i dziurawy, nierówny, popękany chodnik z psimi kupami w taki sposób, by piesi i rowerzyści nie musieli bać się samochów, a z kolei kierowcy nie irytowali się z powodu rowerzystów. Gdyby dało się to zrobić, to by okazało się, że dzieci nie trzeba wszędzie wozić samochodem, bo w wiele miejsc mogą same dojechać rowerem. Okazało by się, że jest miejsce na zieleń w centrum, że w można otworzyć okno i nie narazić się utratę słuchu, że w zasadzie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby przed kawiarnią na Legionów wystawić stolik czy dwa z parasolami. I że przyjemnie się przy nim siedzi! Króko mówiąc, nagle okazało by się, że w centrum przyjemnie się mieszka. Ekonomia, tak ulubiona przez red. Domareckiego, odnalazłaby swoje prawa - "normalnym" ludziom najzwyczajniej zaczęłoby się opłacać tu mieszkać, więc nie tylko Piotrkowska, lecz i cała okolica zaczęłaby wychodzić z marazmu.

Bo jak słusznie zauważa red. Domarecki, Piotrkowska nie jest osamotnioną wyspą. Jest częścią centrum, teraz obumarłego w dużej mierze. Nawet jeśli rozmaite sztaby zdziałają cuda, by przywrócić jej trochę tchu, to na nic to się nie zda, jeśli nie zaczniemy uzdrawiać całego centrum. Jak będzie się chciało ludziom kupować mieszkania na Więckowskiego, to Piotrkowska będzie kwitła.

 

 

19:20, miejskie_narty , miasto
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 czerwca 2010
Piękne oczy Jońskiego vol.2

Oprócz wielu oczywistych radości płynących z faktu posiadania (wiem, słowo nie najlepsze, ale nic innego nie przychodzi mi teraz do głowy) małych dzieci, o jednej często się zapomina. Z dziećmi powinno się spacerować, więc chciał nie chciał, trzeba wygospodarować na to trochę czasu. Warto przy okazji zabrać apart, bo a nuż trafi się coś ciekawego!

I dziś się trafiło:-) Zobaczyłem realizację zapowiedzi prezdydenta Jońskiego przedstawionych wczoraj w mojej ulubionej gazecie lokalnej. Cytuję za GŁ:

Zdecydowaliśmy się na porządne remonty. Zniszczona nawierzchnia jest całkowicie wycinana i dopiero wykładany jest nowy asfalt.

Dziś przy skrzyżowaniu Zielonej i Żeromskiego naprawa nawierzchni wyglądała w ten sposób:

Żeby oddać Jońskiego sprawiedliwość, muszę dokończyć cytat z artykułu:

Niestety, takie prace trwają o wiele dłużej. Z taczki asfalt lejemy tylko w sytuacjach, gdy droga ma być wkrótce gruntownie remontowana.

Czyli należy rozumieć, że Zielona przy rynku już za chwileczkę, już za momencik przejdzie gruntowny remont. Mam nadzieję, że nie będzie polegało to na tym, co zrobiono na Żeromskiego, czyli na wykopaniu kilku dziur, zamknięciu jednego pasa ruchu na ponad pół roku i powróceniu do remontu wtedy, kiedy okazało się, że dlasze przeciąganie struny będzie grozić konsekwencjami finansowymi.

Tak czy inaczej, będę informował o postępach w gruntownym remoncie. A zanim on nastąpi, prześlę zdjęcia dziur, która powstaną za dwa tygodnie, gdy wyleci ten asfalt, który dziś pomarańczowi lali. Stay in touch!

 

 

 

14:57, miejskie_narty , forma
Link Komentarze (2) »
wtorek, 08 czerwca 2010
Znowu spory o kulturę

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że życie kulturalne Łodzi nieustannie jest przedmiotem przetargu politycznego. (Bo że jest również sposobem na biznez to nie mam wątpliwości).

Wczoraj ukazał się artykuł red. Bomanowskiej i red. Wiewiórskiego zwiastujący (w trybie oznajmującym, żeby było ciekawiej)  pozostanie Camerimage  w Łodzi. Rozumiem, że prywatnie można chcieć powyzłośliwiać się na Żydowicza, ale nie rozumiem, dlaczego w tym celu pisze się artykuł, zmiast ulać żółci z nieloga na Forum Łódź. No chyba, że decydują jakieś względy polityczne właśnie. Bo jaka jest funkcja takiego artykułu oprócz wkurzenia Żydowicza? Pokazanie, że autorzy mają rację? Nie wiem.

Także wczoraj w Dzienniku ukazał się tekst o festiwlu Czterech Kultur, z których zniknął dialog. Artykulik króciutki, niewiele nadto mówiący, lecz pozostawiający uczucie niedosytu. Bo jest info o czasie, jest info o nazwie, jest info o sporze z pp. Knychalskimi i jest info o posiedzeniu Komisji Kultury, gdzie decyzje dotyczące tych rewalcji zapadły. Brakuje w nim informacji, w jakiej formie ten festwial będzie się odbywał, kto w sensie prawnym jest jego organizatorem (gmina? jakaś fundacja?, jakaś inicjatywa prywatno-publiczna?), w jaki sposób zabezpieczone są interesy miasta, czy gwarantowana jest ciągłość festwialu itd. Być może te informacje pojawiły się, gdy mnie nie było, w każdym razie nie mogę znaleźć nic oprócz doniesień o nienajlepszej opinii nowego dyrektora. Przepraszam, p.o. dyrektora.

No i dziś wreszcie następny super njus kulturalno-polityczny. Ręce mi opadły, jak to czytałem. Naprawdę nie mogę zrozumieć, o co chodzi tym ludziom. Pierwsze skojarzenie miałem z apelem artystów w sprawie niewyrzucania Lyncha i Gehry'ego z Łodzi, z Żydowiczem w tle. W końcu nie jest tajemnicą nawet poliszynela konflikt między zwolennikiem porozrzucanych pudełek a zwolennikiem szklanej rury. Trochę to stanowisko rozjaśnia linkowany w artykule felieton Doroty Jareckiej. Ale tylko trochę. Bo nie rozumiem, w czym lepszy dla Kobro (!) miałby być pociąg od rynku. Niby, że NCŁ to przedsięwzięcie w dużej mierze komercyjne, a tylko w niewielkiej artystyczne. No, ale pociąg to przedsięwzięcie w 100% komercyjne!

Jak dla mnie to polityczna ściema. Przykro mi było, gdy przeczytałem w łódzkiej Wyborczej, że Jarosław Suchan był również przeciw umieszczaniu nazwiska Kobro w nazwie rynku, bo mimo że znam go tylko z widzenia, to darzę dużym szacunkiem za to jak wygląda dziś i jak działa Muzeum Sztuki, jasny punkt na mapie nie tylko Polski i Łodzi, lecz również Starego Polesia!

Być może do takiej decyzji przyczynił koszmarek językowy (mówi o tym wprost D. Jarecka) Kobro City, nieudolnie zresztą poprawiony na Miasto Kobro. Jakie miasto? Śmierdzi tanią kalką z angielskiego na milę kilometr. Skoro to ma być rynek, to dlaczego nie nazywa się rynek? Czy Rynek im. Kobro to zła nazwa? Mało, nie wiem, fejsbukowa?

Tak czy inaczej, przykro to wszystko czytać. Może po wyborach się to trochę uspokoi?

PS. Po południu w GŁ ukazały się jeszcze dwa njusy dotyczące kultury. Jeden o tajemniczej strategii w boju o tytuł ESK2016, drugi o konkursie  na dyrektora Teatru Nowego. Pierwszy to szeroki temat, zasługuje na odrębną notkę. Drugi skomentuję szybko: bardzo dobrze się stało, że jednak jest konkurs. Nawet jeśli kosztem utraty dobrego kandydata. Tłumaczenie Brzozy jak dla mnie zupełnie nieprzekonywujące. Świadczy o tym, że artyści przyzwyczajeni są do funkcjonowania w układach. Problem zaczynają mieć wtedy, kiedy nie pasują do układu:-)

15:02, miejskie_narty , miasto
Link Komentarze (4) »
niedziela, 06 czerwca 2010
Niedawno wróciłem z Holandii

Niedawno wróciłem z Holandii, gdzie spędziłem parę dni dzięki uprzejmości Magdy z mosqito. Byłem na konferencji poświęconej zmianom na rynku pracy w dobie kryzysu – zarówno z punktu widzenia pracownika, jak i pracodawcy. Zbiegło się to mniej więcej w czasie z podróżą Wojtka Makowskiego po Niemczech i  Holandii w poszukiwaniu i podpatrywaniu rozwiązań infrastrukturalnych, zwłaszcza w odniesieniu do transportu rowerowego.  Relację z tej wycieczki uważam za bardzo pouczającą, niemniej chciałbym dodać kilka swoich uwag – tak o rozwiązaniach komunikacyjnych, jak i ogólnych, na temat różnić między uśrednionym miastem holenderskim, a polskim (czyli Łodzią, czyli Starym Polesiem).

Przede wszystkim to, co rzuciło mi się w oczy w holenderskich gospodarzy konferencji, to zdroworozsądkowe podejście do rzeczywistości, które na potrzeby tej notki sprowadzam do prostego rozumowania, polegającego na zadaniu (sobie) trzech pytań i udzieleniu na nie (sobie) odpowiedź.

  1. Jak jest?
  2. Jak chcemy, żeby było.
  3. Co zrobić, żeby to osiągnąć (jeśli odpowiedź na pytanie pierwsze różni się od odpowiedzi na pytanie drugie).

Czyli mówiąc inaczej, w Holendrach ujęło mnie nazywanie rzeczy po imieniu, klarowne stawianie sobie celów oraz logiczne i kompleksowe proponowanie dróg realizacji tych celów. Niby banał, jednak jakoś mam wrażenie, że u nas gdzieniegdzie może uchodzić za rozwiązanie odkrywcze.  I

I jak Wojtek (nie znam Go osobiście, ale już lubię ze zacięcie) relacjonuje argumenty swoich rozmówców, to nie sposób się z nimi nie zgodzić – uzmysłowili sobie, że zbyt duży ruch samochodowy jest niebezpieczny dla mieszkańców, to i doszli do  wniosku, że należy wprowadzić takie rozwiązania, żeby ten ruch ograniczyć. Podejrzewam, że gdybyśmy chcieli wyznaczyć w Łodzi skrzyżowanie bez świateł, znaków i zasady „prawej ręki”, to naszym podstawowym zmartwieniem byłoby nie to, że mogłoby być niebezpiecznie, lecz to, komu policja ma wlepić mandat, a ubezpieczyciel potrącić składki w razie stłuczki. No, ale nie chodzi o to, żeby bezmyślnie kopiować wnioski innych ludzi, lecz żeby zacząć myśleć w taki sposób, by dochodzić do wniosków korzystnych dla nas.

Jeśli miałbym o Starym Polesiu powiedzieć „jak jest?”, to oczywiście mógłbym to zrobić rozmaicie. Mógłbym powiedzieć, że jest mało „wygodne” dla mieszkańców. A konkretniej, że byłoby wygodniej (dla ogółu mieszkańców – proszę powiedzieć, jeśli się mylę), gdyby samochody jeździły wolniej (mniej hałasu i bezpieczniej), było więcej zieleni, były place zabaw i boiska dla dzieci.  To na początek – oczywiście, że wiele innych aspektów można by wymienić bez większego wysiłku, choćby czystość (psie kupy wiecznie żywe!), ale skupmy się na tych punktach.  Pozostaje punkt trzeci. Jak to osiągnąć? Wyobrażacie sobie np. śpiących policjantów co 100 metrów, chowanych w ulicy z pilota przez pojazdy uprzywilejowane i autobusy?  Nie? To może coś mniej hardkorowego – drogi bez dziur! Jak to zrobić?

Jedna z dróg rozumowania jest taka – skoro mamy problem dziurawych dróg od lat, to znaczy, że ludzie odpowiedzialni za budowę i utrzymanie dróg w należytym stanie źle spełniają swoją pracę. Jeśli okaże się, że personalnie jest jakaś rotacja (co nie jest oczywiste – podejrzewam, że wielu „leśnych dziadków” jest w różnych ZDiT-ach i GDDKiA od dekad na różnych stanowiskach) i niezależnie do nazwisk dziury są, to może struktura tych organizacji jest do bani?  Tylko czy idąc tą drogą nie musielibyśmy zryć struktury całej Polski do cna? Nie wiem, wiem tylko, że przed zadawaniem tego typu jałowych pytań należało by gruntownie sprawdzić tę akurat strukturę i dokonać analizy ruchów kadrowych.  Bez tego ani rusz.

Zamiast stanu dróg możemy wziąć na warsztat układ ulic – tu o ile się nie mylę nie musimy zahaczać o poziom ustawowy. Sami możemy decydować o tym, czy na 1 Maja mają być dwa pasy ruchu, mimo że to w większej części drogi biegnąca przez osiedle mieszkalne! Dlaczego mieszkańcy 1 Maja się na to godzą? Nie wiem, czy Holendrzy protestują, strajkują, pikietują i rzucają śrubami. Być może nie muszą, bo być może przedstawiciele władzy wiedzą, że są przede wszystkim przedstawicielami mieszkańców i potrafią zadbać o swoje interesy?  Może chodzi o to, że struktura zarządzania miastem jest lepsza? Zdecentralizowana?

 

 

19:37, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »