Kategorie: Wszystkie | ASUL | forma | materiał | miasto
RSS
środa, 28 lipca 2010
Browary Łódzkie dla dzieci: znajdź 5 szczegółów...

...różniących dwa zdjęcia. Pierwsze z października 2008r., drugie z lipca 2010r.

i

Miłej zabawy!

PS. Jak już znajdziecie drogie dzieci różnicę i chcielibyście coś poczytać w temacie, to odsyłam Was do starego wpisu. Nic więcej do dodania nie mam.

 

16:51, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 lipca 2010
"Nasi" politycy wakacyjnie o gminnych mieszkaniach

Wakacyjnie, bo w ogródku i w ramach letniej akcji GŁ "Zawracamy Łodzią na Piotrkowską". Ale też trochę wyborczo, bo z ogólnikowymi deklaracjami, lecz bez żadnych zapowiedzi rewolucji. Czyli ma być dobrze, a będzie jak zawsze. Przynajmniej próbowaliśmy.

A teraz szczegółowy komentarz:

Kamienice

Na początku, żeby nie udawać Greka, rezolutny radny Bartosz Domaszewicz przyznaje, że "stan większości kamienic jest tragiczny". Przynajmniej nie można mu zaprzeczyć. Zręczne posunięcie! Potem radny Skwarka przypomina, że już w 2005r. SLD chciało przeznaczyć całe 600 tys. (dla porównania: rok wcześniej roczny, sypiący się merc pewnego pana związanego z SLD wart był ok. 450 tys.) na remont 60 zdewastowanych mieszań, co miało rozwiązać problem mieszkań socjalnych! Całe 10 grubych tysiaków na remont "zdewastowanego" mieszkania! Ja rozumiem, że to mają być lokale socjalne, ale bądźmy realistami. Jaka ekipa zgodzi się wyremontować mieszkanie za dziesięć tysięcy? A gdzie koszt materiałów? Radny Skwarka powtarza później jeszcze raz te 10 tysiaków. Znamienne, że nikt tego kwestionuje. Dziennikarki, które "odpytują" polityków łykają je bez problemu, koledzy po fachu tym bardziej. Tak czy inaczej zły wilk Tomaszewski zablokował rewolucyjną propozycję SLD i 600 tysiaków poszło na coś innego. (Ciekawe na co?). Zły wilk nie zaprzeczył, że zablokował.

Od czego zacząć naprawę

Rezolutny radny znów zaczyna od odkrywczej kwestii, że stan prawny kamienic jest pogmatwany i dlatego należało by przede wszystkim go wyprostować. Robi to się w ten sposób, że proponuje się najemcy wykup, a jak ten się nie godzi, to albo zamienia na inne komunalne albo mieszkanie sprzedaje się nawet z lokatorem. "To ryzykowne rozwiązanie, ale w Śródmieściu jedyne", dodaje rezolutny radny. Hmm, to poza Śródmieściem są inne? I znów pytanie o szczegóły - skąd wziąć te "inne komunalne" do zaproponowania? Czy można sprzedać mieszkanie z lokatorem? Kto chciałby kupić pojedyncze mieszkanie z lokatorem i za jaką cenę? Pomysł wydaje się iść w dobrym kierunku, ale wygląda na to, że jest czczą deklaracją, nie jest w żaden sposób przygotowany prawnie i pachnie myśleniem życzeniowym. O ile oczywiście bloger może sobie na takie myślenie pozwolić, o tyle jednak wolałby, żeby radny był przygotowany merytorycznie.

Potem były wiceprezydent, człowiek wielu talentów, któremu jednak nie udało się nawołać mieszkańców Łodzi do zbojkotowania referendum, w którym wraz ze swoim pryncypałem został odwołany, (nie)sławny Pierwszy chwali się tym, że miasto czterokrotnie ogłaszało bezsensowny przetarg, który, jak można wywnioskować z jego słów, był z góry skazany na niepowodzenie z powodu nierealistycznych założeń. Przetarg na najem lokali, które miałby pełnić funkcje mieszkań socjalnych! Czyli gmina, która posiada dziesiątki tysięcy mieszkań - mieszkań, o które nie potrafi zadbać - chce dopłacać prywatnym właścicielom, by lokować tam rozbitków życiowych za symboliczne stawki! Dlaczego? Skąd ten pomysł? Z tego niestety już dziennikarki nie odpytały byłego prominenta. Ale dlaczego Tomaszewski się tym chwali? By wyciągnąć wniosek, że trzeba podnieść stawkę za metr. Najlepiej do 12zł. Bo przecież na wolnym rynku płaci się nawet za 30 zł za metr. Panie Tomaszewski, proponuję Panu, by w następnym "Łodziaku" opublikował Pan swoje wnioski! Podnieśmy czynsze, a wtedy znajdą się pieniądze i na remonty i na mieszkania socjalne.:-)

Gdzieś ostatnio słyszałem zdanie o naszej służbie zdrowia - Nie ważne, ile wody wleje się do durszlaka, on i tak będzie przeciekał. I z łódzkimi gminnymi mieszkaniami jest tak samo - dopóki nie zreformuje się systemu zarządzania nieruchomościami, dopóty wszelkie podwyżki są bezsensowne. Te pieniądze wyciekną przez dziury w systemie. Wasi kolesie je zmarnują albo płacąc swoim kolesiom albo po prostu w wyniku złego zarządzania.  Zacznij Pan (a raczej: zacznijcie Panowie, bo reszta przytakuje) rozumieć, że chory organizm można leczyć tylko kompleksowo. I nie da się przetoczyć krwi z ręki, żeby zatkać ranę w nodze. Wszyscy Panowie mówią o podwyżkach, żaden nie zająknie się, że teraz często Wspólnoty Mieszkaniowe płacą podobnie a czasem mniej niż lokatorzy gminni i mają lepiej. Dają radę robić remonty, nie użerają się o wszystko w oazach przykurzonej paprotki i pasjansa pod windows 95 (AN-ach, jakby ktoś nie wiedział) i jedyne co ich drażni, to gminne sąsiedztwo. Pieniądze to nie wszystko, to tylko jeden z elementów układanki. Ale rozumiem, że o pieniądzach najłatwiej mówić, bo wiadomo, że podwyżek się nie wprowadzi, więc za 3 lata znów można będzie powtórzyć mantrę.

Będą podwyżki, będą też dłużnicy mieszkaniowi. Co z nimi zrobić? Czy osiedla socjalne rozwiążą problem?

Ok, mamy już wiele milionów rocznie z podwyższonych czynszów;-) i co dalej proponują decydenci (i były decydent:-))? Biją pianę osiedli socjalnych. Jakby nie było z góry wiadomo, że pomysł w skali dużego i biednego miasta jest nierealny. Wczoraj GŁ pisała, że połowa z 1150 najemców (czyli 550 mieszkań) z samej Piotrkowskiej ma zaległości czynszowe. Czyli co, jeśli dodamy Kilińskiego, Sienkiewicza, Wschodnią, Zachodnią/Kościuszki, Wólczańską, Gdańską, Żeromskiego i Legionów/Pomorską, Próchnika/Rewolucji, Więckowskiego/Jaracza, Zieloną/Narutowicza, 6 Sierpnia, Struga/Tuwima, Zamenhofa/Nawrot, czyli lekko licząc jeszcze 14 ulic, to ile mieszkań będzie trzeba? Policzmy: 550x14 = 7700 zadłużonych mieszkań w centrum. Lekko licząc. (Oczywiście rozmówcy mogliby mieć dokładne dane, ale jakoś dziennikarki nie dopytują). Niech z 10% z tych zadłużonych będzie w takiej sytuacji, z której nie ma już prostego wyjścia i muszą trafić do lokali socjalnych. Wychodzi 770 mieszkań! Ile "bloczków" trzeba postawić? "Nie chcę getta", mówi Tomaszewski, ale nie wyklucza, że "może powstać jakiś teren (...)." (Zwróćcie uwagę, że mówi, jakby cały czas był u władzy!). "Nie można robić gett" - mówi Skwarka i wraca do 10 tysięcy na remont pustostanów. Domaszewicz jest twardzielem i przyjmuje osiedla socjalne na klatę. Chce być bezwzględny, choć mu przykro. Ciekawe, czy będzie taki twardy, jak mu przyjdą na dyżur przyszli sąsiedzi osiedla (770 mieszkań).

Co miasto powinno robić z kamienicami - sprzedawć je prywatnym właścicielom czy remontować na własny koszt?

Tomaszewki - prywatyzować, Michalik - nie, Domaszewicz - prywatyzować, Skwarka - nie można zrobić z Piotrkowskiej Wall Street, które jeździ sobie na Bahama. Idąc tym tropem, stworzymy w centrum strzeżoną osadę dla bogatych.

Dżizas Krajst, WTF? Piotrkowska Wall Street. Wall Street jeździ na Bahama? Idąc tym tropem przyznam szczerze, co poeta miał na myśli i co pan czuł szczelając bramkę: wydaje się mi, że miasto powinno sprzedać jak najwięcej lokali, chociaż być może możliwym jest, że da się zrewolucjonizować zarządzanie lokalami bez ich sprzedaży. Pisałem o tym (i o innych problemach związanych z kamienicami w centrum) wcześniej w pierwszym elaboracie. Kto przegryzł się przez ten, ma szanse przegryźć i przez tamten.

 

 

 

13:02, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 lipca 2010
Z Więckowskiego na Lipową

Dziennik informuje, że rodzina z Więckowskiego, którą dzień wcześniej eksmitowali antyterroryści dostała lokal przy Lipowej, lecz nie zgodziła się go przyjąć, twierdząc, że nie jest wyremontowany. (Odmowa ta oczywiście zasługuje na osobny komentarz, ale nie mam na niego trochę siły).

Taka wiadomość potiwerdza to, co wiadomo od dawna i o czym pisałem niedawno tutaj i na - polityka mieszkaniowa w Łodzi nie istnieje. Bo gdyby istniała, to nikt by nie zaproponował tym ludziom lokalu zastępczego przy Lipowej. Być może ta ulica jest jedną z zamykających centrum, lecz z pewnością ze względu na charakter zabudowy do niego należy. Gdyby ludziom z WBiL leżało na urzędniczym sercu dobro centrum Łodzi (w ogóle, a Starego Polesie w szczególe), to nigdy by nie podjęli takiej decyzji. A tak, mamy, co mamy.

Cieszy jedynie, że temat wywołany przez list prezesa ŁSSE podchwyciły łódzkie gazety i cały czas jest podbijany. Można założyć, że dzięki temu stanie się - a myślę, że już się staje - jednym z wątków nadchodzącej kampanii wyborczej. To oczywiście dobra wiadomości, choć przy okazji należy uważać, bo przecież wiadomo, że w kampaniach króluje populizm. Przepraszam, że piszę takie banały (ostatnio przyszedł mi do głowy "bonmot", że Łódź to niebanalne miasto, bo tu wciąż, to, co gdzieś indziej uchodzi za banał bywa często nieodkryte i wymaga wyjaśniania, dopowiadania i prostowania i wykładania;-)), ale warto o tym pamiętać.

Trzymam kciuki, żeby lokalni politycy (za wyjątkiem Tomaszewskiego - na niego niestety nie liczę) uznali, że łódzki wyborca swój rozum ma i pojmuje, że w interesie władz miasta leży nie tylko dbanie o mieszkańców, lecz także, jeśli nie przede wszystkim, o samo miasto. Myślę, że lekcja z wyrzucenia z roboty Kropiwnickiego (i Tomaszewskiego, o czym ten chciałby, byśmy zapomnieli) została wyciągnięta, ale na wszelki wypadek, powtarzam, dla utrwalenia: Kropa został wyautowany, bo zaniedbał MIASTO (czyli CENTRUM miasta). Bo przez siedem lat jego rządów dystans dzielący komfort życia w Łodzi od komfortu życia w innymi pierwszoligowych (przy założeniu, że stolica gra w ogóle w innych rozgrywkach) miastach - Poznaniu, Wrocławiu, Katowicach, Trójmieście i Krakowie - pogłębił się. I na nic zda się żonglowanie liczbami w "Łodziaku", na nic zdadzą się listy Tomaszewskiego do łodzian. Ten dystans widać gołym okiem, i widać go głównie w centrum.

Nie wydaje mi się, żeby była gigantyczna różnica między wyglądem Retkini i podobnego poznańskiego osiedla. Być może tam tramwaje są czystsze i bardziej punktualne, ale blok to blok, apartamentowiec to apartamentowiec. Różnice są w centrum. Moim skromnym zdaniem laika o poczuciu zadowolenia z życia, o komforcie życia w danym mieście w dużej mierze decyduje standrad ścisłego centrum. Ta wspólna przestrzeń, w której niekoniecznie trzeba mieszkać, lecz przez którą codziennie się przejeżdża (przechodzi!), i z którą można się zidentyfikować. Urzędnicy Wydziału Budynków i Lokali, którzy przydzielili patologicznej rodzinie z Więckowskiego lokal na Lipowej najwyraźniej tego nie wiedzą.

Szanowni Państwo, zrozumcie ten banał. CENTRUM jest lepsze lepsze niż gorsze. Nawet jeśli trudno go udowodnić, to przyjmijcie go jako założenie, którego realizacja na pewno nie zaszkodzi, a może pomoc. Pomóc przede wszystkim Łodzi. No i oczywiście Waszym przełożonym wygrać wybory! Teraz rozumiecie? :-)

14:52, miejskie_narty , miasto
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 lipca 2010
Sklepy

Ledwo dwa tygodnie temu pisałem o galerii MŁodzi przy Gdańskiej, a dziś muszę zaraportować, że już jej nie ma. Teraz jest tam sklep z damską odzieżą. Przykro, lecz w zasadzie nie dziwi mnie to.

Jak już piszę o sklepach, to nie mogę nie wspomnieć o spożywczym tuż obok, który zawsze zadziwia mnie konsekwencją kolorystyczną wystaw. Dziś jest róż:

i pomarańcz:

Sklepy to w ogóle ciekawa kategoria obiektów. Najbardziej lubię te, kóre łączą różny asortyment i robią z tego niejako swoją specjalizację. Od dawna niekwestionowanym liderem mojego prywatnego rankingu jest "Parker w rajtuzach" z Pomorskiej handlujący wiecznymi piórami i rajstopami. Na Starym Polesiu wyrosła mu niedawno konkurencja: przy 1 Maja swoje podwoje otworzył "Melanż", czyli coś dla ciała i dla ducha, mimo że przez ciało:

Z innych ciekawostek to "Warzywko", które przeniosło się z jednego roku Żeromskiego i Legionów na drugi. Nie muszę chyba dodawać, że w "Warzywku" najpopularniejszymi produktami nie są przetwory z warzyw. Chociaż, być może są też z warzyw:-)

Wystawa "Warzywka" też jest ciekawa:

Miłych zakupów! :-)

PS. Nabijałem się ostatnio z Browarów Łódzkich i ich sklepu firmowego z Lipowej. W notce wstawiłem zdjęcie bodaj sprzed roku, z teoretycznym zastrzeżeniem, że być może jest już nieaktualne. Byłem tam ostatnio, chociaż bez aparatu i okazało się, że miałem rację: na budynku zmienił się jeden mały szczegół, zgadniejcie jaki;-) Fota wkrótce.

20:14, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 lipca 2010
O "slumsie" ciąg dalszy

Czyli (rozbudowana) kontynuacja poprzedniego wpisu i komentarza do artykułu w GŁ. Tych, którzy nie mają siły czytać oraz tych, którzy lubią więcej, zapraszam niżej.

Do gazety napisał Michał Augustyn, którego znam wirtualnie z FŁ. Nie raz rozmawialiśmy o konieczności podjęcia przez miasto zmian w strukturze własności mieszkań komunalnych, przy czym Augustyn zawsze postulował "wyzbycie" się mieszkań przez miasto, co również teraz sugeruje w swoim liście. Zgadzałem się w większości z nim, choć wydaje mi się czasami, że najważniejsza jest zmiana myślenia o mieszkaniach komunalnych. Tzn. być może mniej ważne jest czyje de facto są te mieszkania, ile zerwanie z myśleniem o nich jako o komunalnych, czyli takich, które się ludziom po prostu należą. Być może rzeczywiście najlepszym rozwiązaniem jest ich sprzedaż, nawet, a w zasadzie zwłaszcza, za symboliczne kwoty i uruchomienie przez to rynku. Dziś możliwość wykupowania mieszkań obwarowana jest zakazem ich sprzedaży przez bodajże 5 lat, by wykluczyć spekulację mieszkaniami. W ten sposób wylewa się dziecko z kąpielą, bo blokuje mechanizmy rynkowe. Może da się w inny sposób wykluczyć spekulacje, by nie wykluczać obrotu rynkowego? Nie wiem, na pierwszy rzut oka wygląda na sprzeczność, ale przecież różne są instrumety rynkowe. Fachowcy powinni się wypowiedzieć.

Być może równie dobrze mogłoby funkcjonować ciało z gruntu gminne, lecz w komercyjny sposób zarządzające majątkiem dziś określanym jako "mieszkania komunalne"? Nie wiem. Znów odsyłam do ekspertów:-) Wiem tylko, że gmina póki co jest z mocno nieudolna, narażona na wpływy polityczne, uzależniona od lokalnych układów, co nawet dla laika znacznie ogrnicza jej sznase na wyłonienie takiego ciała, które działałoby całkowiecie rynkowo, czyli bez prezesów dentystów i ogrodników, nie na zasadzie przypudrowania reliktu minionej epkoki, ostoi ery peceta łupanego, kalki karbonowej i przykurzonej paprotki na parapecie - czyli gminnych AN-ów! No, ale może się da. Przynajmniej trzeba rozważyć.

Tak czy inaczej, nawet jeśli zmiana struktury własności i zarządzania nieruchmościami (jeszcze)  gminnymi jest jednym z podstawowych warunków poprawy stanu Starego Polesia i innych śródmiejskich rejownów, nie jest jedynym. Poniżej kilka innych warunków, obiecanych w poprzedniej notce, z jednej strony wpływających na życie tych, których wielu nie chciałoby na Starym Polesiu widzieć, z drugiej zachęcających tych, którzy przeprowadzając się tutaj podnosiliby "standard" okolicy.

1. Kwestia "żuli", "meneli" i "zwykłych", zmęczonych życiem ludzi

Co  oznacza wysiedlanie, co postuluje prezes Cieślak? To nic innego, jak tylko jeden z aspektów zmiany struktury społecznej okolicy. Można ją zmieniać na różne sposoby, "wysiedlanie" brzmi horrendalnie, kojarzy się jeszcze gorzej i jest chyba najbardziej radykalnym ze sposób (po biblijnym potopie i Neronowym podpaleniu miasta rzecz jasna).

Ja sobie nie wyobrażam pozbywania się części mieszkańców innego niż robionego na zasadzie wymawiania umów najmu tym, którzy notorycznie nie płacą czynszów i mają z tego tytułu ogromne zadłużenie. Tylko wpierw trzeba mieć ich gdzie "przesiedlać", a to nie jest takie proste - bo, co, ma gmina wybudwać całe osiedle gettowe? Ma budować bloki na różnych osiedlach i w ten sposób tworzyć getta blokowe? Trudno to sobie wyobrazić, bo raz, że koszta, a dwa, że spotkałoby to się z gigantycznymi protestami ludzi obok tych bloków mieszkających.

Wydaje mi się, że sensownym rozwiązaniem było by zrobienie mapy istniejących już mieszkań (jeszcze) komunalnych i jednostkowa mrówcza praca rozrzucania pojedynczych rodzin do mieszkań z dala od centrum. Wcześniej jednak trzeba by wymówić "normalnym" najemcom tych mieszkań, czyli de facto zlikwidować pojęcie mieszkania komunalnego, a zostawić mieszkania socjalne, dla tych, którzy rzeczywiście sobie nie radzą. No, ale to wymagałoby odpowiednich rozwiązań prawnych i istnej rewolucji w mieście. Na to trzeba mieć siłę:-)

Bieda jest problemem i długo będzie, jednak główny problem nie sprowadza się do "żuli i pijaków", czyli jak rozumiem zdegenerowanych bezrobotnych. Ważniejszym problemem jest to, że zdecydowana większość mieszkańców okolicy, pracujących, traktuje ją jak slums, nie lubi jej, źle się w niej czuje. To są ludzie, którzy pracują, lecz żeby się utrzymać harują od świtu do nocy, nie mają czasu i ochoty, by myśleć w kategoriach dobra okolicy. Ledwo są w stanie zaspokoić swoje podstawowe potrzeby życiowe. Nie pilnują dzieci, nie sprzątaja po psach, nie widzą nic złego w rozjechaniu trawnika samochodem. Takich ludzi jest tutaj najwięcej. I z tej perspekywy mówienie o "slumsie" jest tym ludziom uwłaczające i ich poniżające. Choć część z nich pewnie sama by się zgodziła z tym określeniem. Tutaj oczywiście rozwiązaniem najprostszym byłoby podniesienie poziomu życia, czego rzecz jasna nie da się zrobić sztucznie. Paradoks jest taki, że jak Łódź się będzie bogacić, to i ci biedni mieszkańcy się będą bogacić. Ale dopóki ci biedni są biedni i myślą tylko o sobie, centrum wygląda, jak wygląda i straszy inwestorów, ci się ulatniają i nie dają ludziom się wzbogacić. Koło się zamyka.

I winne temu oprócz sytuacji gospodarczej Polski i Łodzi są kolejne władze miasta: nie ma żadnej polityki zmieniania ścisłego centrum tak, by było bardziej przyjazne mieszkańcom, SM i policja reagują z taką opieszałością, że faktyczne żuliki (których nie ma w rzeczywistości tak dużo, lecz ponieważ w odróżnieniu od nie-żuli wystają w bramach i szwendają się po ulicach są bardziej widoczni) czują się bezkarnie. Nieuregulowany (przez gminę) stan prawny kamienic jest dyżurną wymówką dla zaniednań itd. Słowem miasto nie zrobił dosłownie nic, by uprzyjemnić życie człowiekowi, który pracuje w hipermarkecie na kasie. Jego dzieciaki nie mają gdzie kopać piłki, jego kamienica wygląda jak rozpadający się chlew, bo AN "nie ma pieniędzy" na remonty, mimo że zbiera na fundusz remontowy. Ci ludzie są zniechęceni nie tylko własną trudną sytuacją, lecz także tym, że w AN-ach widzą wrogów, policja i SM nie umie z nimi rozmawiać, o pomocy już nie wspominając.

Co do tego, że żulików nie zmieni się od tak, to wiadomo, pisałem o tym już wcześniej. Czy nie zmieni ich się na przestrzeni kilku, kilkunastu lat, tego nie wiem - na pewno da się, a przynajmniej da się spróbować. Póki co się nie próbuje - np. na Starym Polesiu nie znalazło się miejsce na żadnego Orlika. Innych rozwiązań też brak.

Potrzeba mechanizmów takich, dzięki którym żulikom będzie trudno funkcjonować, a "normalnym" łatwiej i przyjemniej. Gdyby mieszkańcy mieli powszechną świadomość, że na każde ich zgłoszenie o pijących na ulicy piwo i hałasujących kolesiach w ciągu paru minut przyjeżdża patrol i utrudnia tym kolesiom życie, to ręczę, że szybko zwyczaj wieczornego picia i darcia mordy w bramach by się skończył.

Gdyby za niezapłacony czynsz regularnie przyłaził do domu komornik i konfiskował plazmy (a jednocześnie wiadomo by było, że w mieszkaniu socjalnym np. na Dąbrowie zamiast komornika przychodzi jakiś kurator i z nim już jest inna rozmowa), gdyby za wagary dzieci rodzice ponosili jakieś realne konsekwencje, gdyby brak opieki nad małymi dziećmi spotykał się z rzeczywistymi problemami rodziców (znów kuratorzy i inni streetworkerzy są niezbędni), to żuliki miałby ciężkie życie. Można oczywiście położyć akcenty tak, że ci, którzy godzą się na przeniesienie do socjalnych lokali objęci są programem z jednej strony lżejszym dla nich (czyli bez komornika itp.) z drugiej zmuszających ich do pracy nad sobą.

To są działania długoterminowe i kosztowne, ale jednak niezbędne, by "odżulić" centrum - czyli pozbyć się tych najbardziej hardcorowych, a tych , którzy mają pracę, płacą czynsz i pilnują z grubsza, by dzieci chodziły do szkoły, lecz hobbystycznie lubią postać w bramie z piwkiem, czy nie wyobrażają sobie sprzątnięcia po swoim ukochanych amstaffie, przekonać do zmiany nawyków.

 

2. Kwestia zachęcania "zwykłych" niezmęcznonych życiem, młodych ludzi do osiedlenia się tutaj.

Druga strona medalu to działania zachęcające do osiedlania się tutaj. Miasto powinno zachęcać powiedzmy 30-latków, by tutaj kupowali sobie mieszkanie, a nie myśleli o nowych blokach gdzieś na peryferiach czy domu w Rąbieniu. Dopóki takie działania nie zaczną być wdrażane, nie ma mowy o tym, żeby zlikwidować "slums" - bo nie da się wyeksmitować wielu tysięcy ludzi ani nie da się ich ot tak pomalować na europejsko niczym trawę na zielono. Oczywiście skuteczne wprowadzenie rozwiązań z poprzedniej części automatycznie działa jako zachęta dla przyszłych mieszkańców, jednak nie jest wystarczająca.

Niezbędne jest takie przeprojektowanie przestrzeni, żeby było przyjemniej zwykłym ludziom - czyli ograniczenie hałasu, zwiększenie bezpieczeństwa, zazielenienie oraz konsekwentne i realne wspomaganie remontów kamienic. Gdyby gmina część swoich dziś komunalnych mieszkań ze Starego Polesie przeznaczyła na sprzedaż (bądź do najmu), dając preferencyjne warunki np. absolwentom łódzkich uczelni i przy spełnieniu wcześniejszych warunków, to okolica wyglądałaby inaczej. W końcu zaczęto mówić o wprowadzeniu buspasów. To dobra wiadomość, lecz potrzeba jest kompleksowa zmiana charakteru ulic. Musi być ciszej, musi być wolniej, musi być bezpieczniej. Pisałem już o tym klika razy, m.in. tu na blogu. Ciszej będzie wtedy, gdy samochody będą jeździć wolniej. Jednocześnie będzie bezpieczniej - czyli wystarczy efektynie zwolnić ruch samochodowy, by mieć dwie pieczenie z jednego ognia.

Pisałem już o obiektach sportowych, których brakuje. Poza nimi niezbędne są place zabaw dla dzieci. Nawet mini place zabaw. Tak, by łatwo było do nich dojść. Mamy baby boom, a miasto tego nie zauważa. Jedną z przyczyn, dla których ludzie decyują się na dom pod miastem, jest dobro dzieci. Dziś na Starym Polesiu, ludzie którym się dobrze powodzi (tak, są tu też tacy!) wożą swoje dzieci samochodami wszędzie - nie wypuszcza się ich "na dwór", bo jedyne co ten "dwór" oferuje, to zapuszczone bramy i dzieci niekoniecznie zaprzyjaźnionych sąsiadów, które grają w piłkę między jeżdżącymi autami.

Jeśli chodzi o zieleń, to mimo że jest tu jej jak na lekarstwo, często mieszkańcy doprowadzają do wycinania ostatnich drzew. Powód? Bo są to topole, które raz, że roną bardzo wysokie, często zasłaniając okna, a dwa, że pylą latem niemiłosiernie, uprzykrzając gospodyniom domowym życie. Słowem, nie są atutem, lecz utrapieniem. Trawniki, jeśli są, każdy wie, jakie są. Dopóki nie pojawi się zieleń i nie będzie to zieleń ujęta w karby, przemyślana zadbana, mało kto będzie chciał się tu wprowadzać.

Mnóstwo rzeczy jest jeszcze innych rzeczy do zrobienia tutaj, i mnóstwo rzeczy można zrobić. Książkę mógłbym na ten temat napisać:-)

My się po prostu przyzwyczailiśmy do tego, że tutaj jest syf i niejako z rozpędu, z rezygnacją akceptujemy ten stan rzeczy. Czas na zmiany!

PS. Tylko należy pamiętać, że wszelkie zmiany spotykają się dużymi prostestami - czasami słusznymi. Dlatego łatwiej jest opracować kompletny plan, z wyraźnymi celami i dobrze uzasadnionymi rozwiązaniami (czyli to, co ja tu próbuję na blogu amatorsko robić), by ludzie wiedzieli dlaczego i po co zmian się dokonuje. No i nie może mieć to formy 100-stronicowej urzędniczej bomby stylistycznej, bo nie spełni swojej funkcji - czyli nie przysłuży się do zrozumienia i zaakceptowania zmian przez mieszkańców.

13:11, miejskie_narty , forma
Link Dodaj komentarz »
Alarm! Wysiedlają żulików i meneli!

Znów komentuję prasę, czyli w tym wypadku propozycję Marka Cieślaka, prezesa ŁSSE podchwyconą przez Joannę Blewąskę w GŁ.

Przede wszystkim kuriozalne dosyć jest to, że dziennikarka dodatu Wyborczej bez komentarza cytuje słowa prezesa:

Zdaniem Cieślaka od wysiedlenia mieszkańców (gmina musi dla nich znaleźć mieszkania w innym rejonie) oraz od remontu kamienic w otoczeniu.

Co to znaczy wysiedlić mieszkańców? I co to znaczy otoczenie? Czy chodzi tylko o famuły, tak podobne do tych na Księżym Młynie, które jednak mają znacznie gorszy niż Księży Młyn piar? Czy chodzi także o dalsze ulice, na które nieopatrznie mogliby się zapuścić inwestorzy: Legionów, Mielczarskiego, Jerzego, Gdańską, Próchnika, 1 Maja itd? Czy wszystkich tych mieszkańców należy, jak mówi prezes "wysiedlić'? Czy chodzi mu pomalowanie trawy w stylu Tomaszewskiego, który proponował sprzedanie (z artykułu wynika, że ta idea nadal jest aktualna w Magistracie), czyli wyrzucenie mieszkańców (głośno protestowali ci z Księżego Młyna, ale przypominam, że były wiceprezydent mówił również o famułach z Ogrodowej), sprzedanie obiektów developerowli, żeby zrobił wyspę zamożności, pewnie ogrodzoną siatką albo nawet gustowym stylizowanym płotem, że archtekt miasta nie jęczał. Nie mam nic przeciwko temu, żeby mieszkali tu zamożni ludzie, jednak jeśli ma to być enklawa, to proszę zauważyć, że nie rozwiąże ona problemu, o którym mówi pan Cieślak. Przesunie się wtedy tylko granicę "getta" o sto czy dwieście metrów. Dla dziarskich i chętnych nocnych wrażeń inwestorów nie będzie problemem, by minąć luksusowe już famuły z Ogrodowej i dojść do Legionów. I co wtedy? Postawić płot z drutem kolczasytm od gorszej strony a gustowną reklamą z lepszej?

W komentarzach pod artykułem pojawiają się propozycje zarówno rozwiązań, jak i przyczyn takiego stanu rzeczy. Bene, który rzadko komentuje i z którego komentarzami nieczęsto się zgadzam, lecz którego bardzo cenię za wiedzę (mimo że nie loguje się, nie mam wątpliwości, że jest to wciąż ta sama osoba) pisze o biedzie, jako o czynniku decydującym. Inni komentatorzy wskazują na potrzebę rozwoju, co oczywiście nie ulega wątpliwości. Ja dopisałem się w dyskusji, można to łatwo znaleźć, a jeśli się nie chce szukać wystarcz kliknąć tu i tu.  Przeredagowałem już nieco te komentarze i poprawiłem literówki, początkowo planując wkleić je w tym wpisie, ale ponieważ temat mnie trochę ponosi i już i tak jest za dużo tekstu, to zostawię je na oddzielną notkę. Może nawet dam ją już dziś.

 

10:51, miejskie_narty , miasto
Link Komentarze (5) »