Kategorie: Wszystkie | ASUL | forma | materiał | miasto
RSS
niedziela, 20 lipca 2014
Woonerfy, podwórce i parki kieszonkowe

Parę dni temu na fejsie pojawiło się zdjęcie z 6 Sierpnia, na którym widać kilka zaparkowanych byle gdzie samochodów. Na dopiero co oddanym do użytku, szeroko opisywanym, w tonach pełnych ekscytacji i zachwytu, pierwszym w prawieEuropie prawieśrodkowej woonerfie.

Oczywiście podzielam zachwyt wszystkich tych, którzy cieszą się, że fragment ulicy 6 sierpnia stał się przyjaźniejszy dla mieszkańców i doceniam wkład ludzi, którzy przyczynili się do przebudowania tej ulicy. No, ale nie po to prowadzę tego bloga, że szerzyć (właśc.: szerować) wyrazy uznania i rozpływać się w chwaleniu cukru, bo słodki. Powiem więc o tym, co mnie niepokoi od samego początku pojawienia się idei woonerfu w Łodzi. Otóż niepokoi mnie właśnie nadmiar marketingowego, projektowego podejścia (w sosie soszalmediowym) do wprowadzania zmian w charakterze przestrzeni miejskiej, dość oczywistych w czasoprzestrzeni, do której chcielibyśmy przynależeć.

Objawia się to w uporczywym lansowaniu nazewnictwa: woonerf i podwórzec miejski są odmieniane przez wszystkie przypadki, przy czym daje się zauważyć, że niektóre frakcje wolą jedną nazwę, inne drugą i konsekwentnie, z wytrwałością godną SEO copywritera, wklejają je we wszystkie swoje publiczne wypowiedzi. Dlaczego to jest niebezpieczne? Dlatego, że jeśli mówimy o woonerfie, to mówimy o czymś co nie jest zwykłą uspokojoną, przeprojektowaną ulicą w mieście. Woonerf to przeszczep, to moda, która być może się przyjmie, ale najprawdopodobniej, jak to z modą, za moment okaże się, że już straci swój powab świeżości dla mediów i tym samym dla ludożerki. 

Oczywiście doskonale rozumiem, że żeby sprzedać coś nowego, trzeba to atrakcyjnie opakować i chwytliwie nazwać i o ile woonerf, kojarzący się z egzotycznie uporządkowaną i nieludzko poukładaną Holandią fajnie spełnił swoją rolę, o tyle zupełnie nie rozumiem usilnych, acz z góry skazanych na porażkę starań Fenomenu, żeby wszczepić dodatkowo "podwórzec miejski".

Ale wróćmy do niebezpieczeństw etykietowania. Mamy już woonerf na 6 Sierpnia i okazuje się, że nie bardzo wiemy co z nim zrobić. W pierwszych dniach po otwarciu media zaroiły się od zdjęć ludzi, którzy przyszli tam jak "na Piotrkowską", żeby zjeść lody, posiedzieć chwilę na ławce i porozkoszować się woonerfem. A jakieś dwa tygodnie później są już zdjęcia parkujących byle jak samochodów. Co ja z tego wnioskuję (nie ma mnie w Łodzi, więc mam tylko obraz z mediów i fejsa)? To, że wychodzi na to, że woonerf na 6 Sierpnia wyszedł nam czymś w rodzaju przedłużenia Piotrkowskiej. Miejscem, gdzie w weekend można przyjść do restauracji, miłym oku, przyjaznym pieszym, ale nie wykluczającym kierowców (jak Piotrkowska). Jak łatwo się domyślić, nie mam nic przeciwko temu, by Piotrkowska rozrastała się na boki, cieszy mnie to bardzo, ale czy mam rozumieć, że  jej gałąź nazywa się woonerfem tylko dlatego, że trzeba było jakoś sprzedać tę ideę w zeszłorocznym budżecie obywatelskim? I, co istotniejsze – czy pierwszy woonerf jest odgałęzieniem Piotrkowskiej także dlatego, że większość z nas tak naprawdę nie wie, o co w tym całym woonerfie chodzi, więc przyjmuje go trochę jak małą Piotrkowską?

Teraz chcemy woonerfów na Gdańskiej, na Moniuszki, na 1 Maja, na Piramowicza i jeszcze pewnie w paru innych miejscach, które według różnych mniej lub bardziej specjalistów "nadają się" na woonerf. Głównie dlatego, że ruch samochodowy tam jest znikomy, a na ulicy, oprócz parkowania, "nic się dzieje". I jeśli woonerf uda się wszczepić na łódzki grunt, okaże się, że za rok, dwa, będziemy mieli kilka fragmentów ulic w centrum "uwoonerfionych", pełne samozachwytu statusy prezydent Zdanowskiej na fejsie (o ile wygra wybory) i wysoki poziom endorfin u paru urzędników. Natomiast nie będziemy mieli zmiany systemowej w charakterze ulic w centrum Łodzi.  

Co stoi na przeszkodzie, żeby wreszcie powiedzieć sobie, że chcemy centrum Łodzi przyjaznego dla mieszkańców? I zdefiniować tę przyjazność. Jak byśmy do tego nie podchodzili, to wyjdzie nam, że potrzeba więcej zieleni, mniej ruchu samochodowego, więcej przestrzeni dla mieszkańców – skwerków, placów zabaw, boisk, trawników, ciszy i obiektów, które są estetyczne i czyste: ławek, koszy na śmieci, stojaków na rowery, równych chodników, zaplanowanych ulic.

Co stoi na przeszkodzie, żeby sobie wreszcie powiedzieć, że do tej pory centrum Łodzi było źle zorganizowane, źle zaplanowane, że żyje się tu w zdecydowanej większości źle – bo ktoś kiedyś źle zrobił wiele rzeczy w przestrzeni publicznej i trzeba to wyprostować. Jak wyglądam przez okno i widzę jedno drzewo, które rozwala i tak krzywy chodnik, na którym nie ma ani jednego kosza na śmieci, ani jednego stojaka na rowery, ani pół metra kwadratowego trawnika; jak widzę asfaltową ulicę, szeroką na jakieś pewnie 8 metrów, na której nie ma ani wymalowanego żadnego pasa, lecz przy której zawsze parkują w bardzo przypadkowym „porządku” samochody głównie mieszkańców oraz pracowników i  klientów lokalnych przedsiębiorstw, to choć marzy mi się coś, co wielu moim znajomym aktywistom miejskim przywodzi na myśl woonerf czy – jak ostatnio usłyszałem –  „park kieszonkowy” myślę o tym inaczej.

Mnie marzy się decydent, który powie – ulice w centrum Łodzi są źle zaprojektowane, bo kiedyś planiści w tej części Europy źle projektowali. Żebyśmy żyli w przyzwoitych warunkach, musimy je zmienić. Zaczynamy od Strefy Wielkomiejskiej, bo to jest nasze dziedzictwo i ten obszar musimy zadbać w pierwszej kolejności, jeśli chcemy zachować miejski charakter Łodzi. Inaczej w ciągu dziesięciu lat się rozleci i po jednej stronie śródmieścia będziemy mieli Nowe Wspaniałe Centrum Łodzi z dworcem obsługującym 200 tys. pasażerów dziennie oraz Bramę Miasta (oh, wait..), a z drugiej strony ziejącą pustkami strefę niczyją. Harmonogram jest taki, a taki. Te ulice będą zwężone, będą posadzone drzewa, będziemy łączyć funkcję ulic, parków, skwerów i placów zabaw w jednej przestrzeni, która do tej pory służyła gównie tranzytowi samochodowemu. Tamte ulice, niestety, muszą jednak w pierwszej kolejności pozostać tranzytowe, ale zrobimy wszystko, żeby były bezpieczne i będziemy kompensować robiąc mini parki (niech nawet się nazywają kieszonkowe), w podwórkach, które będziemy się starali łączyć ze sobą.

Nie chcę „woonerfu”, wygranego w plebiscycie o nazwie Budżet Obywatelski. Nie chcę egzotycznego przeszczepu europejskiej normalności, chcę planowego działania wynikającego z namysłu nad funkcją miasta w XXI wieku w kontekście posiadanych zasobów i przewidywanych trendów. Zwłaszcza, że w Łodzi jest to stosunkowo proste, bo jesteśmy miastem jednocześnie młodym i zniszczonym. Miastem, którego losy się właśnie ważą i albo zrozumiemy, że musimy dostosować się oczekiwań XXI-wiecznego Europejczyka albo pozostaniemy tym nie wiadomo czym, czym jesteśmy dziś. Jesteśmy miastem, w którym już wszyscy chyba wiedzą, że musi się zmienić i które przecież już się zmienia (co przerażające: chaotycznie i bez planów). Łódź to raptem dwa stulecia miejskości i raptem 70 lat działania uczelni wyższych. Jedyne co mamy wartościowego w sensie architektonicznym, to właśnie te już prawie doszczętnie zniszczone kamienice, pałace i fabryki w śródmieściu, między którymi dziś biegną dwupasmowe tranzytowe ulice łączące nie za bardzo wiadomo co (przecież nie mamy nawet obcych korpo w centrum, do których trzeba dojeżdżać). Kamienice, pałace i fabryki. Z czego najwięcej oczywiście kamienic, których funkcja jest od momentu ich powstania niezmienna: służą do mieszkania. W centrum Łodzi najwięcej z wartościowych budynków ma funkcję mieszkalną. Miesz – kal – ną. No naprawdę nie trzeba tutaj geniusza, że wpaść na to, że lepiej się mieszka, jak pod oknem ma się uspokojony ruch, drzewa i dzieciaki niż dwupasmową Wólczańską, Struga, Więckowskiego, Żeromskiego, Próchnika, Żeligowskiego, Zachodnią czy Kościuszki.  

Woonerf, mimo, że punktowo robi nam dobrze, systemowo jednak oddala nas wprowadzania głębokich zmian w celu zaprowadzenia normalności.  



15:56, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »