Kategorie: Wszystkie | ASUL | forma | materiał | miasto
RSS
środa, 28 listopada 2012
Piotrkowska najtańszą ulicą handlową w całej gminie

http://lodz.gazeta.pl/lodz/1,35136,12865538,Piotrkowska_jest_najtansza_ulica_handlowa_w_Polsce.html

Po raz kolejny mamy raport, według którego Piotrkowska jest daleko na liście polskich ulic handlowych pod względem stawki za metr czynszu. I po raz kolejny, mam wrażenie, wydźwięk tego artykułu jest gorzkawy. Kiedyś to, panie, byliśmy potęgą, czynsz na Piotrkowskiej był jeden z najwyższych w Polsce, a teraz, wiadomo, gorzej niż w jakimś Płocku. Cytowany ekspert mówi, że wysokość czynszu to " papierek lakmusowy, który mówi o sytuacji gospodarczej miasta. Niskie czynsze to efekt wieloletnich zaniedbań kolejnych władz". Hmm... Rozumiałbym, że kiepska sytuacja gospodarcza to efekt wieloletnich zaniedbań władz, ale mieć pretensje do władz, że czynsze niskie? Dziwne.

Czy to nie powinna być dobra zasadniczo wiadomość? Jeśli wysokość czynszu ma odzwierciedlać stan gospodarki miasta, to chyba raczej powinniśmy docenić, że wreszcie czynsze się urealniły (trochę). Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale w ostatnim dwudziestoleciu z gospodarką Łodzi chyba nigdy nie było dobrze, a czynsze potrafiły być wysokie. Czyli można chyba wnioskować, że były sztucznie zawyżone, czyż nie?

Tak czy inaczej, gdy czytam, że średnio za metr lokalu przy Piotrkowskiej trzeba zapłacić 324 euro miesięcznie, to nie wydaje mi się to tanio. Gdybym był studentem studiującym w Warszawie i nie wiedział, co ze sobą zrobić po powrocie do Łodzi, jak założyciele np. Zmiany Tematu, i chciał sobie zagospodarować czas otworzeniem klubokawiarni, musiałbym miesięcznie przeznaczać na sam czynsz 32.400 euro (zakładając, że lokal ma 100m2).  Być może stypendia na warszawskich uczelniach pozwalają na takie inwestycje, ale naprawdę w Łodzi to taniocha nie jest. Może przy skorzystaniu z preferencyjnych stawek, proponowanych ostatnio przez miasto będzie można przyoszczędzić parę euro na fritz-kolę? A może ja nic nie rozumiem?

papierek lakmusowy, który mówi o sytuacji gospodarczej miasta. Niskie czynsze to efekt wieloletnich zaniedbań kolejnych władz

Cały tekst: http://lodz.gazeta.pl/lodz/1,35136,12865538,Piotrkowska_jest_najtansza_ulica_handlowa_w_Polsce.html#ixzz2CkWpjAEs

Wracając do artykułu, autorzy zauważają już, że Piotrkowska przestała być ulicą handlową (choć tytuł jest, jaki jest), jednak wciąż jakby nie chcieli pokusić o rzetelną diagnozę na temat jej charakteru. Jeden ekspert mówi o funkcji usługowo-restauracyjno-pubowej i ściemnia coś Piotrkowskiej, która powinna przypominać Bourbon street w Nowym Orleanie. Drugi ekspert potwierdza, że rzeczywiście ulica dawno utraciła handlowy charakter, ale "jest kulturalna, rozrywkowa, jest miejscem spotkań łodzian, tętni życiem wieczorami". Trzeci zaś mówi, że jest najdłuższą ulicą handlową w Polsce, lecz żeby przywrócić jej handlowy charakter "trzeba przede wszystkim skupić na przyciągnięciu atrakcyjnych marek jako najemców". I tyle w tym zawiłym temacie. Składam papiery do SGH, żeby zbierać na czynsz!



Jest kulturalna, rozrywkowa, jest miejscem spotkań łodzian, tętni życiem wieczorami

Cały tekst: http://lodz.gazeta.pl/lodz/1,35153,12865538,Piotrkowska_jest_najtansza_ulica_handlowa_w_Polsce.html#ixzz2DQykZ5U
Jest kulturalna, rozrywkowa, jest miejscem spotkań łodzian, tętni życiem wieczorami

Cały tekst: http://lodz.gazeta.pl/lodz/1,35153,12865538,Piotrkowska_jest_najtansza_ulica_handlowa_w_Polsce.html#ixzz2DQykZ5Ul
22:48, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 października 2012
Tabloidyzacja bloga

Na fali powszechnego lamentu nad tabloidyzacją mediów (i kultury jako takiej, patrz Polityka nr 41/2012) postanowiłem trochę stabloidyzować swój blog, o ile to w ogóle możliwe. Albo po prostu pójść w stronę emo.

I dam dzisiaj wstawkę o sobie, czyli o tym, co sobie myślę, kiedy patrzę na kamienicę z rogu Lipowej i Próchnika. A patrzę na nią często.

Doceniam starania różnych ludzi zaangażowanych w rozpoczęcie programu Mia100 Kamienic i najbardziej chciałbym, żeby ten budynek został odnowiony i zaczął żyć w miarę normalnym życiem. Nie miałbym chyba też nic przeciwko temu, żeby opanowali go squattersi, niezbyt zafascynowani montowaniem domowych konstrukcji grzewczych. Ale jestem zafascynowany również dokonaniami fundacji Urban Forms i czasem zbieram się z myślą, by zainteresować kogo trzeba tą jakże przecież atrakcyjną i wymagającą powierzchnią. Wyobrażam sobie mural, który inaczej wygląda, gdy patrzy się nań z Lipowej i z Próchnika!

Czasem, w momentach nawrotów młodzieńczej fantazji nachodzi mnie, by kupić sobie sprzęt do paintballa i codziennie ładować tam jedną kolorową kulkę - austerowski patent, ale odświeżony w realiach łódzkich. Po 10 latach budynek byłby cały w różnokolorowe ciapki, a ja byłbym w leksykonach sztuki nowoczesnej! (Pod warunkiem filmowania całej akcji, by później zmontować 10-minutowy filmik i dać go rozchwytać rzeszom koneserów sztuki w jakiejś MoMie). Albo zrobienie jednorazowego happeningu: zaprzyjaźniona grupa militarno-rekonstrukcyjna (musiałbym się najpierw zaprzyjaźnić, ale co tam) podjeżdża z obu stron niemieckimi ciężarówkami z czasów II wojny światowej, wysypują się ludzie w mundurach Wehrmachtu i ostrzeliwują kamienicę kolorowymi kulkami!

To by było dopiero coś!

Chociaż oczywiście to nic wobec obrzucania kamienicy prawdziwymi granatami. Cezary Bodzianowski ubrany jak zawsze, czyli w stroju francuskiego członka ruchu oporu, przechadza się jak gdyby nigdy nic (100 metrów za nim jak gdyby nigdy nic fotoreporter z lokalnej GW), po czym wyciąga za chlebaka granat za granatem i ciska w niezabite dyktą okna. Szyby z całej okolicy lecą od huku, we wszechobecnym pyle widać tylko błyski flesza, dzieci płaczą, gity przewracają się na drugi bok w swoich barłogach, artysta odchodzi, strzepując od niechcenia pył z beretu. 

Zdanowska na fejsie potępia akcję, lecz to już nic nie daje...

23:05, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 września 2012
Lekkie dymy

Dziś przylukałem z balkonu, jak szła sobie para z córką, tak na oko sześcio-, siedmioletnią, gdy nagle facet zamruczał coś do reszty, zatrzymał się i tak jak stał, zaczął odlewać się na bramę kamienicy naprzeciwko. Nie wytrzymałem i krzyknąłem parę słów w stylu "weź człowieku i się opamiętaj, co robisz, gdzie lejesz!"

I się zaczęło. Najpierw dowiedziałem, że przecież gdzieś musi, lecz gdy zacząłem ripostować zwykłymi, wydawało by się, argumentami, że przecież to ulica, żeby poszedł do domu itd., mojemu interlokutorowi włączył się agresor: zaproponował, żebym zszedł, to mi zajebie, dowiedziałem się, że jestem kurwa jebanym pedałem, któremu stara zabrania palić w domu, podczas gdy sama pytluje w środku z koleżankami, że piję kawę w sobotę na balkonie jak pies, oraz że jestem chujem. Po czym ponowił swoją propozycję, bym zszedł, to mi zajebie. Próbowałem się odszczekiwać, ale słabo mi szło, chyba zjadła mnie trema, bo z coraz to nowych okien wyglądały głowy i z ciekawością przysłuchiwały się naszej ożywionej rozmowie. Poza tym miałem świadomość, że słuchają nas moje dzieciaki. Nieznajomy mężczyzna najwidoczniej był bardziej obyty z publicznymi wystąpieniami, bo nie przeszkadzała mu obecność swojej córki.

Jakiś czas później zamykałem bramę od podwórka i dosłownie na moich oczach dziewczyna kładzie reklamówkę z psią pozostałością na klapie pojemnika surowce wtórne i idzie sobie dalej, jak gdyby nigdy nic. Doceniam, że sprząta, zauważam, że coraz więcej ludzi w okolicy sprząta, ale na litość, jak już się sprząta, to trzeba to robić porządnie. Podrzucenie pakunku na klapę cudzego, prywatnego pojemnika na szkło i plastik jest w zasadzie równoznaczne z wrzuceniem go komuś na podwórko. Albo któryś z mieszkańców będzie musiał go wziąć i gdzieś indziej wrzucić albo śmieciarze podniosą klapę i prezent spadnie i będzie leżał.  Gdy próbowałem jej to uświadomić i oddać reklamóweczkę, zastosowała najczęściej spotykaną w takich sytuacjach metodę dyskusji - udała, że mnie nie widzi i nie słyszy i czym prędzej ruszyła dalej (co ciekawe, akurat tak się złożyło, że 30 metrów przed sobą miała pojemnik na psie kupy). Więc niestety cisnąłem w nią tym pakietem. Wiem, bez sensu, ale stało się. Pewnie przyczynię się do tego, że już więcej nie będzie sprzątać, ale jakoś nie mogę wzbudzić w sobie wyrzutów sumienia. Od razu dostałem cierpkie trzy słowa od kobiety przejeżdżającej akurat rowerem, że ta, jasne, lepiej, żeby na ulicę wyrzucić. I wyszło na to, że ja na ulicę wyrzucam (bo oczywiście laska torby nie podniosła).

Takie akcje wkurzają mnie to tym bardziej, że w tym względzie wyręczam poniekąd gminę i - jako reprezentant WM - podjąłem decyzję, żeby kupić zwykłe plastikowe wiaderko i opłacać plastikowe worki oraz codzienne sprzątanie. I to działa. Owszem, jedno czy dwa wiaderka ktoś buchnął, ale ponieważ nie odpuściliśmy i odkupujemy je, to ludzie coraz częściej jednak te kupy do niego wrzucają. Ludzie, którzy regularnie podrzucają nam woreczki z psimi kupami na klapy pojemników mają do "naszego" wiadra nie dalej niż 10 metrów. Do kolejnego "gminnego", pomarańczowego kosza, jak już pisałem, ok. 30 metrów. Ale najwyraźniej uważają, że skoro już robią "nam" łaskę i kupsko podnoszą, to mogą je cisnąć, gdzie popadnie.

Te dwie dzisiejsze akcje wzbudziły we mnie dość banalną refleksję, że część okolicznych mieszkańców najzwyczajniej w świecie nie ma świadomości swoich czynów. Nie wiem, czy się nad nimi nie zastanawiają, czy w ogóle się mało zastanawiają, ale tak to właśnie wygląda.

 

21:25, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 września 2012
Zmiany wielkomiejskie

Zaintrygowała mnie ostatnio reklama przy Gdańskiej. Ta na środku zdjęcia z hasłem "zmiany wielkomiejskie". Już myślałem, że to może jakieś nowa inicjatywa obywatelska, może fundacja czy stowarzyszenie, ale rzeczywistość okazała się prozaiczna, choć muszę przyznać, dosyć ciekawa. Szybki gugiel wyrzuca taki obiekt:

http://www.przystanwlodzi.pl/galeria.html

Fajny pomysł na biznes, ale obawiam się, że kontrtast między moim zdjęciem, a zdjęciami z galerii może okazać się zbyt szokujący. Zastanawiam się też, czy ktoś kogo stać na otworzenie tego rodzaju interesu nie mógłby "zorganizować" remontu elewacji?

09:35, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 września 2012
Maluj mury, świat ponury!

Ostatnio głośno o nowej modzie wśród łódzkich nastolatków, czyli o zmianie charakteru napisów na murach:

http://wiadomosci.onet.pl/wideo/wojna-na-murach-widzew-kuca-przy-siku,93489,w.html

TVN za Expressiakiem zdaje się przyklaskiwać idei. Michał Kazimierski z EI uważa, że autor, niejaki Jan III Sobieski, "oswoił społeczność kibolską" i "nadał jej ludzki wyraz". Mnie jednak niepokoi zapominanie o kontekście, w którym to się dzieje, czyli totalnie zdewastowanym mieście, gdzie mało kogo ruszają jeszcze "żydzewy" itp. na murach. O zobojętnieniu estetycznym mieszkańców i bezradności organizacyjno-zarządczej jednostek, które powinny dbać o tkankę miejską.

"Oswajanie" kiboli to nic innego niż pakowanie ich wizerunku w atrakcyjne, "śmieszne" przebranie. Kibol stojący za "widzew kuca przy siku" ma się wydawać bardziej ludzki, bo dowcipny niż kibol stojący za "żydzew kurwy". Czy rzeczywiście jest? Humor tutaj ma polegać na kontraście między tradycyjnym, agresywnym, rasistowskim i wulgarnym wydźwiękiem kibolskich haseł a nowym, urwisowskim, sztubackim i odwołującym się do rzekomo kompromitujących (kiedyś byśmy powiedzieli - obciachowych) zachowań. Czy będę śmieszny, jak "przywalę" koledze z pracy, że "kuca przy siku", czy "robi herbatę z wody po pierogach"? Hmm, coś wątpię. Pamiętam jednak jak przez mgłę, że w okolicach 7 klasy szkoły podstawowej takie rzeczy mnie śmieszyły. I tak to działa. Zły kibol dotąd życzący śmierci wrogowi nagle rzuca tekstami gimnazjalisty-urwisa. He, he, he.

Niech rzuca, ale może na meczu albo podczas ustawek (freestyle rap?), czy może w rozmowie z żoną. Ale nie na murach! I mówmy o tym głośno. Bo inaczej mamy takie miasto, jakie mamy. Ostatnio na Starym Polesiu pojawiła się nowa fala wrzut "ktośtam faja".Kiedyś był to jakiś Makoś, dziś padło na Kaśkę.

Na zdjęciu niegdyś kultowa Kalina, dzisiaj Wiklina z Kaśką fają. Takich wstawek jest co najmniej kilkanaście w różnych punktach śródmieścia. Mam wrażenie, że to gimnazjaliści toczą w ten sposób swoje szkolne podchody. Widzą, że da się bezkarnie malować, więc malują. Czemu nie?

Z innych sprejowych nowinek, to ktoś w końcu zamalował skoksowanych kolesi i ktoś niemalże od razu ich odmalował:

 

I tu ciekawostka. We wcześniej linkowanej notce zżymałem się na wybiórcze i nieudolne zamalowywanie napisu, tak, żeby zamalować tylko gwiazdy Dawida i nic więcej. Gdy przyjrzymy się świeżemu napisowi, widzimy, że bardzo przypomina oryginalny. Wygląda na to, autor wrócił i poprawił. Wnioskuję, że mieszka tuż obok i od razu zareagował. A nawet mam podejrzenia, że ktoś, kto wcześniej wybiórczo zamalowywał dzieło zna autora. Może wiedział, że nie ma sensu usuwać wszystkiego, bo pojawi się od nowa? Bardzo ciekawe:-)

13:36, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 sierpnia 2012
Nowy pomysł na biznes

W tym miejscu był już spożywczak, warzywniak, innych spożywczak i inny warzywniak. Teraz powstało to. Życzę szczęścia.

15:30, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 sierpnia 2012
Wakacyjnie znad morza

Blog nieuchronnie chyli się ku upadkowi, czego przyczyn upatruję w dwóch czynnikach. Pierwszy to spadek zainteresowania pisaniem wciąż o tym samym. Staropoleskie życie toczy się bez większych rewelacji, kolejne sklepiki bankrutują, kolejni "inwestorzy" próbują swoich szans łudząc się, że bliskość centrum zapewni powodzenie ich nieprzemyślanym biznesom, kibole sprejują i wrzeszczą co jakiś czas, mieszkańcom nie przeszkadza to na tyle, żeby cokolwiek z tym zrobić, właściciele kamienic od czasu do czasu remontują w różnym zakresie swoje budynki, by potem tolerować ich rychłe dewastowanie przez sąsiadów, sklep firmowy Browarów Łódzkich wygląda jak wyglądał (nawet nie chce mi się linkować do poprzednich notek), okoliczne dzieciaki jak nie miały gdzie spędzać czasu, tak nie mają. Ze spraw miejskich to też już w zasadzie co by się nie wydarzyło można by skomentować którymś z wcześniejszych, lekko przeredagowanych wpisów.

Nie chcę przez to powiedzieć, że przestało mnie obchodzić, co się dzieje w Łodzi i na Starym Polesiu, wręcz przeciwnie - z uwagą obserwuję wszystkie doniesienia i mocno leży mi na sercu, to co jest i jak jest. Lecz trochę skończyły mi się blogowe naboje, widzę, że w tym zakresie, jaki sobie narzuciłem nie mam już co robić. Jakość życia publicznego w Łodzi z jednej strony się znacznie pogorszyła poprzez upadek prasy i tradycyjny brak interesujących relacji w innych mediach, z drugiej punktowo, wyrywkowo poprawia się, przenosząc się do internetu i do łódzkich NGO-sów.

Czyli momentami mamy ważne dyskusje publiczne, lecz dzieją się one w hermetycznym gronie lokalnych działaczy, bądź spłaszczone do niemożliwości na fejsie. Do tego stopnia, że można zadać sobie pytanie, czy to w ogóle można klasyfikować jako dyskusję publiczną. Przeciętny łodzianin nie ma do nich dostępu, nie interesują go/jej zawiłości w polityce transportowej, dlaczego Zdanowska toleruje Tomaszewskiego, czy epistoły słane przez Żydowicza. Być może jest to naturalne, ludzie chcą mieć jak najmniej do czynienia z administracją (a tak chyba trochę postrzegają miasto), chcą po prostu, by im nie utrudniać, a czasami lekko ułatwić życie.

Drugi czynnik, z powodów którego mniej się tym blogiem zajmuję, jest prozaiczny - praca, dom, dzieci i fejs:-) O ile rodzina i praca to oczywiście jak najbardziej uzasadnione powody, o tyle moja decyzja, żeby się zalogować na fejsie okazała się ryzykowna - nie mogę oprzeć się wrażeniu, że śledzenie tych wszystkich bzdur, żeby z nich wyłonić co jakiś czas coś ciekawego, tak zawodowo, jak i - hmmm, co za słowo - hobbystycznie, jednak człowieka mocno ogłupia. Z czym zostawiam Was drodzy jeszcze czytelnicy do następnego razu! Idę sprawdzić, o czym myślą moi przyjaciele:-)

 

PS. (Update z początkowych godzin 11.08) Jednak co stary laptop, to stary laptop. Można zrobić akapity, można poprawić literówki (dzięki Aaa, że mi ich, ani innych błędów, nie wytykasz) i cieszyć się dobrym łączem. Poza tym, nie chciałem, żeby ten wpis zabrzmiał jakoś zbytnio definitywnie, raczej jako wymówka z zaniedbywania bloga. Nie chciałbym pójść w stronę dość powszechnego emo blogowego, stąd to zastrzeżenie - jeśli się kończy, to nie dlatego, że kategorycznie mi się nie chce, lecz raczej dlatego, że forma subiektywnej, małej kroniki dzielni mi się wyczerpuje. Stare Polesie, mam wrażenie, także za sprawą tego skromnego bloga, trochę się wpisało w plan miasta, jest ciut zauważalne, co jeszcze jakieś pięć lat temu nie było takie oczywiste. Ale może to rzeczywiście słabe wytłumaczenie dla lenistwa (OK, popadam w emo, enough is enough). 

15:06, miejskie_narty
Link Komentarze (3) »
wtorek, 24 kwietnia 2012
Superradar

O sprawie jest głośno w Warszawie od jakiegoś czasu. Teraz czas na Łódź. Jak donosi Dziennik, do stolicy strażnicy wysłali delegację, by ta ujrzała superradar w akcji. Podejrzewam, że będą stać na skrzyżowaniu i śledzić częstotliwość pstrykania, bo przecież nie jadą tam przeglądać wyciągi z konta. Chociaż to, zdaje się, najbardziej ich ekscytuje. 

Czy chciałbym, wybiegając nieco myślami w przyszłość,  żeby w Łodzi na każdym skrzyżowaniu stał superradar? (Dlaczego super? Tylko dlatego, że ma więcej funkcji niż "zwykły" radar?).

Jak by to było? Myślę, że to byłby ciekawy eksperyment, który mógłby zaowocować uspokojeniem ruchu w centrum miasta. Podejrzewam, że byłoby ciszej i bezpieczniej. Kierowcy szybko by zrozumieli, że 40km/h oznacza 40 km/h, że głębokie żółte jednak ma trochę inny odcień niż żółte żółte i jest to łatwo weryfikowalne. Pytanie, czy przy okazji miasto by się nie zakorkowało? Moje skromne obserwacje ruchu w śródmieściu zimą, kiedy wiele ulic traci jeden pas ruchu i wszyscy suną nie więcej niż 40, podpowiadają, że nie byłoby tragedii. Po prostu ruch wyglądałby inaczej - zapewne takie dokładne trzymanie się przepisów wymusiłoby pewne zmiany, wreszcie zaczęlibyśmy mówić o innej, całościowej organizacji ruchu w mieście.

Dlaczego jednak superradarem ekscytują się strażnicy miejscy, a nie jednostki miejskie odpowiedzialne za organizację ruchu? I dlaczego strażnicy (zarówno w Warszawie, jak i w Łodzi) nic nie mówią o systematycznym montowaniu takich radarów na większych obszarach miejskich? Proste - bo superradar jest w rzeczywistości superkasownikiem. Dlaczego więc magistraty nie planują powszechnego golenia baranów? Bo pewnie zdają sobie sprawę, że im więcej takich radarów, tym mniej spełniają one funkcję kasowników, a tym bardziej funkcję regulatorów ruchu. Nie wspominając już o społecznym odbiorze takich urządzeń - zaraz podniosłyby się głosy protestu, pojawiłyby się blokady, górnicy rzucaliby śrubami i zorganizowałby się komitet obrony skrzyżowania. Słowem - mentalnie chyba nie chcemy (my - w sensie przeciętny uśredniony mieszkaniec Łodzi i przeciętny uśredniony decydent z wąsami) zmian i nie przyszło by nam łatwo je zaakceptować, lecz akceptujemy - ze zgrzytaniem zębów - punktowe nas kasowanie. 

Bez sensu.

 

10:14, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 kwietnia 2012
Promocja czytelnictwa na Starym Polesiu

Tak zajrzałem i widzę, że statsy rosną odkąd przestałem regularnie blogować. Więc atakuję. Poza tym dostałem telefon z lepszym aparatem, więc może będę więcej wrzucał.

00:30, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 stycznia 2012
Z nowym rokiem w śmieciach. Jak zwykle.

Gdyby łódzkie gazety zatrudniały (na umowach śmieciowych ofkors) dziennikarzy śledczych i gdyby tym dziennikarzom brakowało tematów, to uprzejmie bym im jeden podsunął.

Mianowicie podział rynku wywozu śmieci w naszym pięknym mieście. My jako Wspólnota testujemy już drugą firmę (podobno w grze są trzy) i niezmiennie jesteśmy niezadowoleni z usług. Niezależnie od firmy, bardzo trudno wymóc na usługobiorcach, żeby pojawiali się w umówionym dniu, nie wspominając już o określonej godzinie. U nas na przykład jest to istotne, bo śmietnik jest zazwyczaj zastawiony przez jeden z parkujących na podwórku samochodów. I chodzi o to, żeby właściciel tego samochodu w jeden dzień w tygodniu zaparkował na ulicy, tak żeby śmieciarze mieli dobry dostęp do pojemników. No, ale panowie śmieciarze działają według własnego grafika. Ale to drobiazg w sumie. Najgorzej jest w okolicach świąt, długich weekendów itp. Wtedy bardzo często (znów przypadek obu firm!) śmieciarzom zdarza się wcale nie przyjechać i wtedy zaczyna się zabawa.

Bo pojemniki oczywiście się przepełniają, więc ludzie zostawiają worki obok nich, mimo że teoretycznie wiedzą, że nie powinni. Wtedy kiedy już łaskawcy zjawią się w swoim wozie bojowym to - zależnie od ich humorów - mogą albo opróżnić pojemnik pomijając worki, które leżą obok, albo wcale niczego nie zabrać (bo w pojemniku są nie takie śmiecie, jak być powinny -  z powodu przepełnienia już nikt nie myśli o segregowaniu i wrzuca tam, gdzie może), co powoduje dalsze spiętrzenie góry śmieci i problemów. Wtedy trzeba dzwonić do firmy i grzecznie prosić o wywiezienie dodatkowych śmieci, oczywiście za dodatkową opłatą. I cierpliwie czekać, aż panowie znajdą czas, bo tak się dziwnie składa, że po wolnych dniach mają dużo dodatkowych zamówień na wywóz. Wcześniej oczywiście też można dzwonić, przeklinać, słać pisma i tracić nerwy na inne równie jałowe w efekcie sposoby wyrażenia niezadowolenia z poziomu usług i podejścia do klienta.

Kiedyś taki „lock-out” trwał u nas ok. 3 tygodni. Dziś trwa to już prawie 2 tygodnie, więc do rekordu jeszcze trochę.

Ale dlaczego piszę o rynku? Bo ilekroć próbuję przekonać administratorkę do zmiany firmy, ta tylko uśmiecha się do mnie z politowaniem, przypominając, że już raz przecież zmieniliśmy.

Szczęśliwego Nowego Roku.

PS.  Z "Warzywkiem" zdążyłem w ostatnim momencie ze zdjęciami wystaw, bo już tydzień później w oknach pojawiły się naklejki (na całej powierzchni szyby) ze zdjęciami produktów spożywczych z photoshopa. Bezduszna masówka!

 



16:59, miejskie_narty
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13