Kategorie: Wszystkie | ASUL | forma | materiał | miasto
RSS
czwartek, 25 sierpnia 2011
Łódź Fabryczna i kontenery

Dziś o najważniejszym njusie zeszłego tygodnia, czyli o decyzji potwierdzającej rozpoczęcie przebudowy Fabrycznego. Wszystko pięknie, cieszę się bardzo, choć trochę mnie zastanawia system "projektuj i buduj", który dla ucha laika brzmi jak etykietka zasłaniająca brak informacji (nie mówiąc już o fatalnym brzmieniu) na temat szczegółów projektu. Nie chciałbym wierzyć, że kupujemy kota w worku, więc wierzę, że to normalne przy tego typu inwestycjach (żywiąc tylko nadzieję, że nasi decydenci nie kierują się taką samą logiką;-)).

Jednak bardziej mnie interesują losy drugiej strony Śródmieścia, czyli oczywiście przede wszystkim Starego Polesia, w kontekście przykładania najwyższego priorytetu do "Nowego Centrum Łodzi". Boję się po prostu, że i tak zaniedbane SP przestanie już kogokolwiek interesować. Jedyną nadzieję upatruję w ruchu społecznym, który mógłby zawalczyć o jakość okolicy. Stowarzyszenie, fundacja, klub - co by to nie było - musi powstać na miejscu, żeby dać głos. (Moja skromna działalność blogowa zresztą była pomyślana również jako taki nikły głosik z dżungli społecznej, w której mieszkam). Inaczej będzie tak, jak jest, czyli coraz gorzej.

Tu powinienem chyba dać parę słów o sobie, żeby odeprzeć narzucające się pytanie: - jak chcesz, to dlaczego sam się nie weźmiesz i zrobisz? Żeby nie uciekać w banał typu "chciałbym, ale...", dam sobie trochę czasu na przygotowanie wpisu na ten temat. Zastanawiam się na tym od jakiegoś czasu, więc pewnie nie potrwa to długo.

Druga rzecz to wyborcza kontenerowa kiełbasa, rzucona przez wiceprezydenta Banaszka. Było już o tym wcześniej, moje stanowisko wyrażałem już w dyskusjach z Augustynem (jakoś ucichł ostatnio - mimo całej niechęci do "serwisów społecznościowych" muszę się chyba w końcu do FB przekonać, bo naprawdę brakuje mi starych internetowych znajomych i podejrzewam, że tam ich znajdę), czyli kontenery to populistyczne mydlenie oczu - prawdziwym problemem są mieszkania komunalne. Brakuje mieszkań socjalnych, a jest nadmiar komunalnych, traktowanych jako "majątek" gminy. Dobre sobie.

Te dwie sprawy (Nowe Centrum Łodzi i kontenery) znalazły niestety w mojej głowie punkt wspólny. Mam nadzieję, że jady kiełbasiane marzących o skoku na parlament  nie doprowadzą ich mózgów do stanu, w którym wygenerują pomysł wrzucenia wszystkich "kłopotliwych" lokatorów - a więc tych niepłacących i tych, którzy zajmują teraz miejsca, gdzie po wielkim wyburzaniu powstanie Nowe Wspaniałe Centrum Łodzi  - do i tak spisanego na straty Starego Polesia.  Chociaż z drugiej strony taki ruch troche by - nie chcę powiedzieć: odświeżył okolicę - ale na pewno przyspieszył jej zmianę. :-)

10:58, miejskie_narty
Link Komentarze (9) »
czwartek, 11 sierpnia 2011
Sezon ogórkowy in progress

Jak to mam w zwyczaju od paru lat, większość lata spędzam pod Łodzią, gdzie raz, że nie mam internetu (albo raczej mam zbyt drogi i zbyt wolny), a dwa, że trochę się wyłączam z najbardziej lokalnych spraw. Miejskie oczywiście obserwuję, gazety dochodzą i wiele różnych okazji na wpis mi przeszło koło nosa, ale nie żałuję. Tak czy inaczej już niedługo wracam na dobre i mam nadzieję, że też do regularnego blogowania (piszę to, bo dziś zalogowałem się po pierwszy raz od dłuższego czasu i ku zaskoczeniu widzę, że ktoś jednak tutaj klika, co mnie cieszy i za co jestem Wam <optymistycznie zakładam liczbę mnogą> wdzięczny).  

Wybory tuż tuż, więc i na łódzkim podwórko sporo się będzie działo. Stare Polesie zmienia się powoli (no może oprócz plajtowania sklepów - to idzie szybko), ale mimo wszytko się zmienia. Z atrakcji z zeszłego miesiąca, to na rogu utknął autokar. Kierowca biegał, krzyczał, przeklinał i groził przez ładne kilkanaście minut. Potem pasażerowie wespół w zespół wzięli i przesunęli przeszkodę. Fajnie było. Ciekawe czy zimą też będzie tu jeździł. Wklejam zdjęcie i spadam do lasu. Do usłyszenia.  

 

14:58, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 czerwca 2011
Przed sezonem ogórkowym

Dziś tylko przegląd, mocno zaległy, prasy, bo z time managementem mam ostatnio trochę problemów.

Zaczynając od najstarszej sprawy, czyli wywiadu z Pawłem Kubickim w Wyborczej. Spośród wielu spostrzeżeń i opinii na temat miast, z którymi zgadzam się w całej rozciągłości, i które autorytetem naukowca je głoszącego potwierdzają moją skromną intuicję, zacytuję jeden fragment,  o wyludnianiu się centrów:

W Krakowie to nie aż taki problem, tu zawsze - ze względu na genius loci - znajdą się chętni do zamieszkania w centrum. Wrocław też sobie jakoś radzi. Ale w Szczecinie, Warszawie, Łodzi to kłopot, z którym samorząd powinien sobie poradzić, wprowadzając np. preferencje mieszkaniowe dla studentów czy artystów chętnych, by zamieszkać w centrum. Bo gdy tych ludzi nie będzie w centrum, dyskoteki i banki wyprą kawiarnie, a multipleksy na odludziu wyssają teatry.

O tym pisałem już parokrotnie (pewnie częściej na FŁ niż tutaj), ostatni raz w przedostatniej notce: naprawdę chyba nietrudno zdać sobie sprawę z tego, że o atrakcyjności dzisiejszych miast nie w coraz większym stopniu nie świadczy to, co miasto ma do zaoferowania dla przemysłu, lecz to, co ma do zaoferowania dla ludzi. A już na pewno miejska oferta dla ludzi powinna być oczkiem w głowie władz tych miast, które z różnych względów dla przemysłu są mniej atrakcyjne niż konkurenci – nie mają złóż, innego przemysłu, taniej siły roboczej, czy sprawdzonej i dobrze funkcjonującej infrastruktury. Dziś zresztą przemysł to korporacja, korporacja to ludzie, więc tak czy inaczej człowiek, a raczej jego wydajność (co w przypadku pożądanych przez nas sektorów – przekłada się przez zadowolenia na komfort jego pracy i życia.

 Cały wywiad jest bardzo ciekawy i polecam tym, którzy z jakichś powodów go przegapili (wisiał nawet przez moment na głównej stronie Gazety). Chciaż, żeby za bardzo nie cukrzyć, przytaczam cytat, z którym można by podyskutować.

- Wielka galeria Galaxy wysysa ludzi z centrum Szczecina, Manufaktura - z Łodzi. A przecież Łódź była jednym z pierwszych klubowych miast w Polsce, a na Piotrkowskiej kwitło życie. Uważam, że nie wolno dopuszczać do tego, by galerie handlowe podcinały tradycyjne centrum, likwidowały kawiarnie i drobny handel. Jeśli lokalizuje się je w centrach miast, muszą być na nie otwarte, a nie jak nieszczęsna galeria Krakowska w stolicy Małopolski ze swoją zamkniętą, fatalną architekturą, która mogłaby stać wszędzie.

Manufaktura może nie jest super otwarta na miasto, ale. to chyba raczej wina miasta, nie Manufaktury. Drenaż ludzi z Piotrkowskiej jest oczywisty, ale znów, potwierdza to tylko tezę o potrzebie komfortu, przyzwoitego standardu.

Dziś w GŁ pojawiła się krótka rozmowa z Jaklubem Polewskim na temat programu "100 kamienic". Też o tym pisałem nie raz, ekipa Zdanowskiej najwyraźniej nie rozumie tego, o czym pisze dr Kubicki, nie ma woli wytyczenia i tak już w Europie przecież nienowatorskiego kierunku zmian.



11:25, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 czerwca 2011
Komentarz Lyncha

Dziennik Łódzki publikuje coś, co ma być "komentarzem Lyncha" do wizyty pani prezydent w Stanach. To coś podpisane jest przez Kazimierza Suwałę, prezesa zarządu klubu sportowego Tęcza Fundacji Sztuki Świata, który, wspinając się na wyżyny sztuki epistolarnej, wplata w swój tekst sądy, zrodzone w głowie Lyncha.

I tak, wybitny reżyser i scenarzysta, przyglądajac się uważnie naszemu miastu z perspektywy Mulholland Drive, jest zaniepokojony podsumowaniem spotkania opublikowanym przez przedstawicieli Rady Miasta. Odnosi on wrażenie, że Pan Przewodniczący Rady Miasta chce nastawić opinię publiczną negatywnie w stosunku do jego osoby, bowiem nieprawdą jest, że odstąpienie Miasta od odkupu nieruchomości EC1 Wschód od Fundacji Sztuki Świata skutkować będzie utratą unijnego dofinansowania przyznanego już na ten projekt. Jest wręcz odwrotnie! To właśnie proces sądowy w sprawie odkupu może doprowadzić do utraty dotacji unijnej. I tak dalej i tak dalej. 

David Lynch, oprócz tego, że zna się na zawiłościach finansowo-prawnych UE, jest przecież przede wszytkim wybitnym filmowcem i w ogóle niezwykle utalentowanym twórcą. Tak wybitnym i utalentowanym, że nawet w swojej zgoła nieartystycznej produkcji, jaką jest polemika z wybitnymi łódzkim radnymi, wplata w tekst cytat z klasyki polskiego filmu. Nawiązuje do jednej z najbardziej znanych, prześmiewczych krytyk wiecznie żywego języka polskich działaczy, performance'u trenera pierwszej klasy, Ja Jarząbka. Tutaj oczywiście ostrze ironii powstającej w wyniku takiego zabiegu skierowane jest w stronę biurokratycznego podejścia łódzkich działaczy-samorządowców, którzy zasłaniając się proceduralnymi pierdołami, w rzeczywistości chcą wykolegować Lyncha (i Gehry'ego) z Łodzi, żeby kręcić swoje lody. Naprawdę jestem pod wrażeniem! Lynch, jak z czasów Zagubionej Autostrady!

Łubu dubu, Łubu dubu, hej! 

21:13, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 31 maja 2011
Rowerowa Łódź

Wygląda na to, że pewna masa krytyczna rowerzystów została w Łodzi osiągnięta. Coraz częściej, coraz głośniej i z coraz większym, wydaje mi się, zrozumieniem "ogółu" środowiska rowerowe w Łodzi, wspierane przez młodych, zrowerowanych, dziennikarzy GŁ i Dziennika dochodzą do głosu. Odkąd "Masę" "przejęła" fundacja Fenomen, impreza nabrała rozmachu, stała się - hmm - może jeszcze nie masowa, ale na pewno przestała być hermetyczna.  Jak ją mijałem w ostatni piątek, to kolumna rowerzystów naprawdę robiła wrażenie. 

"Oficer" dorobił się już kompetencji (szkoda, że nic nie ma o jego budżecie - czyżby go nie było?), teraz słychać o postulacie ustanowienia ograniczenia prędkości w centrum, co mnie cieszy jak najbardziej, także ze względu na to, że uważam - czemu już nieraz tutaj dawałem wyraz - że w centrum ruch samochodowy powinien mieć charakter przede wszystkim dojazdowy, a nie tranzytowy, i tak też powininna być zaprojektowana infrastruktura.

Nie tylko ze względu na rowery. Przede wszystkim po to, żeby stymulować rozwój centrum. Rowery są skądinąd bardzo fajnym i przyjemnym, lecz tylko środkiem ten rozwój stymulującym. Ograniczenie prędkości do 30 jest krokiem w dobrym kierunku - w kierunku reorganizacji ruchu komunikacyjnego w centrum. Oczywiście bezpieczeństwo rowerzystów także mi leży na sercu, bo sam się poruszam praktycznie codziennie rowerem, coraz częściej również wożąc dzieci. Ale najważniejsza jest jednak zmiana myślenia o charakterze centrum miasta. Gdy wreszcie "przeważy" obraz centrum Łodzi jako miejsca, gdzie społecznie "opłaca" się przebywać, pracować, odpoczywać i mieszkać, to i Łódź stanie się atrakcyjnym miejscem na mapie Polski. 

Dziś to trudno sobie wyobrazić, ale gdy w końcu czas podróży koleją z centrum Łodzi do centrum Warszawy zejdzie poniżej godziny, gdy komfort tej podróży będzie zadowalający - czyli gdy pociągi będą kursowały często, od wczesnych godzin rannych do późnych wieczornych, w pociągu będzie wystarczająca liczba miejsc siedzących, to naprawdę centrum Łodzi stanie się bardzo atrakcyjną lokalizacją w Polsce. Naszym zadaniem teraz jest, by było bezpieczne, czyste, funkcjonalne i przyjazne dla ludzi. Według mnie, z dzisiejszymi ulicami, które szatkują je dwupasmowymi jezdniami zaprojektowanymi z myślą o tranzytowym ruchu samochodowym (Sienkiewicza, Wschodnia, Zachodnia, Wólczańska, Próchnika/Rewolucji, Więckowskiego/Jaracza, Struga/Tuwima, Zamenhofa/Nawrot), to się nie da. Zmiana będzie musiała nastąpić.

Póki co, o tej zmianie się dopiero zaczyna mówić - w ramach potrzeb i roszczeń rowerzystów. Bo coraz więcej ludzi jeździ na rowerach. (Przy rosnących kosztach utrzymania samochodu i fatalnej jakości usług MPK wydaje się to racjonalnym rozwiązaniem przez prawie pół roku, gdy pogoda zachęca). Ale rozsądniej byłoby traktować ten problem całościowo - o ile oczywiście zrozumiałe jest, że "rowerzyści" mówią o rowerach jako takich, o tyle trochę jednak smuci dosyć płytkie przedstawianie tematu przez łódzkich dziennikarzy, o władzach już nie wspominajac. (Tym bardziej, że opisywanie zjawiska z "rowerowego" punktu widzenia skutkuje tym, czym musi skutkować -  tworzeniem perspektywy sprzecznych interesów "rowerzystów" i "kierowców", co oczywiście wzmacnia wzajemną niechęć różnych uczestników ruchu).

Zdanowska, zamiast  odgrzewać nieświeżego hamburgera po żydo(wiczo)wsku i straszć dzieci Gehrym, powinna skupić się na sprzedawaniu łodzianom i realizowaniu wizji Łodzi (centrum Łodzi) jako miasta przyjaznego, mieszkalnego. A rowery świetnie się przecież w to wpisują. Tak jak i całe hasło o przemyśle kreatywnym. Tyle tylko, że trzeba iść na całość. Bo czasu robi się coraz mniej...

Oprócz przeprojektowania ulic trzeba będzie zająć się także mieszkaniami komunalnymi, ale to już temat na oddzielny wpis.(i masą innych rzeczy - zdaję sobie z tego sprawę). Wiem, że w rzeczywistości tylko te dwa obszary  stanowią gigantyczne wyzwania i wymagają istnej rewolucji, jednak mam wrażenie, że tutaj nie ma już wielkiego wyboru - trzeba działać i trzeba działać w tym kierunku. Bo jak nie w tym, to w jakim? Inaczej wszyscy stąd uciekną.  

 

06:52, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 maja 2011
Hot pics!

No i stało się. Opuszczona kamienica przy Próchnika 53 dziś nad ranem, obawiam się, przypieczętowała swój los - na poddaszu wybuchł pożar. Akcja ratunkowa właśnie się kończy i na pierwszy rzut oka wydaje się, że budynek nie wygląda o wiele gorzej niż wyglądał wieczorem. Ot, w kilku oknach brakuje szyb, nie widać nawet, żeby ramy były jakoś bardziej osmolone. 

Jednak sam pożar wyglądał dość dramatycznie, ogień wpełzał już na sąsiedni budynek, skąd ewakuowano na chwilę parę starszych osób. Kilka ekip strażackich atakowało płomienie z różnych stron przez prawie dwie godziny. Nie widziałem, żeby karetki, które jeszcze czekają w pogotowiu, miały coś do roboty, ale naprawdę nie zdziwiłbym się, gdyby znaleziono ciało jakiegoś bezdomnego. Brama od stodoły, zainstalowana kiedyś przed AN "Konstantynowska", od jakiegoś czasu była co i rusz otwierana, wczoraj też kłódki nie były zamknięte, a jedno z okien na 3 piętrze było otwarte. 

Wydaje mi się, że wreszcie jakieś działania, oprócz montowania płyt w wybitych oknach i instalowania uchwytu na flagę, który i tak znikł po paru dniach, zostaną przez "Konstantynowską" podjęte. Boję sięj jednak, że dziś już nikt nie będzie się nawet starał szukać argumentów na ratowanie tego ciekawego (i wpisanego do programu "100 kamienic") budynku. Już wcześniej urzędnicy pytani o tę kamienicę mówili, że takie remnoty "się nie opłacają". Teraz, kiedy stan techniczny się jeszcze pogorszył, tony wody przelały się pewnie przez wszystkie kondygnacje, jej los wydaje się przesądzony. Chociaż oczywiście laik, któremy zależałoby na jej odnowieniu, powiedziałby, że i tak przed pożarem wymagany był remont generalny całego budynku. I że taki remont prywatnemu inwestorowi rzeczywiście może się nie opłacać - czyli, że przyszłe zyski nie pokryją mu kosztów remonu, że taniej byłoby mu zburzyć i wybudować plombę od nowa. Ale żeby takie rzeczy mówił urzędnik państwowy?! Przecież gmina nie jest przedsiębiorstwem komercyjnym, którego celem jest generowanie zysku finansowego! Gminie powinno zależeć na zapewnieniu nie tylko godnych warunków do życia, lecz także na zachowywaniu architektoniczego dziedzictwa miasta. I to się "opłaca".

No, ale zobaczymy. Być może nic się nie zmieni i trzeba będzie czekać na kolejny pożar, który strawi kamienicę doszczętnie.

A na koniec parę fotek:

 

 

 

 

 

06:40, miejskie_narty
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 maja 2011
"Łódź osiadła na mieliźnie"

Czyli ludzie listy piszą, a GŁ publikuje. Tym razem napisał sam redaktor naczelny samego magazynu kulturalnego WAW. Dobrze nie jest. Jesteśmy miastem-statkiem (Łódź, gra słów, rozumiecie:-)), które osiadło na mieliźnie i potrzebujemy holownika. Trzeba się wziąć i coś zrobić. Co racja, to racja. Tylko co mamy zrobić i skąd mamy wziąć holownika? Tego już niestety autor nie precyzuje, ale trzyma kciuki. Dobre i to.

Ja po sobotnim wypadzie do Manufaktury mam trochę inne odczucia. Otóż coś tam się działo w związku ze megaobciachowych świętem Łodzi, jakieś lipne koncerty, karuzela, baloniki dla dzieci, czyli raczej ludyczna impreza, z mało atrakcyjnymi w sumie atrakcjami. A ludzi i samochodów na okolicznych parkingach pełno. Między 17 a 19 dosłownie trudno było się przecisnąć, znalezienie miejsca parkingowego graniczyło z cudem, trawniki nawet zawalone samochodami. Wnioski nasuwają się dwa - jest gigantyczne zapotrzebowanie na rozrywkę (rekreację), a oferta jest zdecydowanie niewystarczająca. To, że taki biedny badziew, jaki był w ten weekend w Manuface ściąga tłumy świadczy o tym, że przynajmniej część z tych obecnych przyjdzie gdziekolwiek, gdzie coś jest - można się domyślać, że gdyby był większy wybór, ludzi byłoby mniej w tym miejscu. Drugi wniosek, to to, że zdecydowana więszkość przyjechała samochodami, co rzuca się w oczy, gdy się wraca np. z Wiednia. 

Tu mała dygresja - kiedyś, jak wracałem z zachodnich miast, to najbardziej raziła mnie brzydota  Łodzi przy wjeździe do miasta. Dziś ten kontrast naprawdę nie jest już taki gigantyczny - jak się wjeżdża Brzezińską, mija Doły, dojeżdża do Uniwersyteckiej, Narutowicza to widok jest wcale przyjemny. Owszem Fabryczna, Zachodnia, Stare Polesie i wiele innych obszarów straszą niezmiennie od lat, ale poprawa ogólnie jest widoczna. Dziś mnie uderza ilość samochodów. Może to kwestia tego, że ostatnio trafia mi się jeździć do jednych z najlepiej rozwiniętych europejskich miast, ale naprawdę w centrum Wiednia czy centrum Kopenhagi widać o wiele mniej samochodów niż w Warszawie czy w Łodzi. A już widok Manufaktury od strony Drewnowskiej i Karskiego jest koszmarny. 

Moje mielizny łódzkie to przede wszystkim nie tyle brak oferty kulturalnej, ile brak oferty rekreacyjnej. Nie raz pisałem już o placach zabaw, pisałem też zdaje się o braku boisk (żałosne, że przeciętnemu fanowi piłki nożnej Tusk kojarzy się przede wszystkim z zamykaniem stadionów, a zupełnie nie pamięta mu się budowy Orlików - jak dla mnie jednej z najfajnieszych inicjatyw partii rządzącej ostatniej, powiedzmy, dekady) i o nieprzyjaznym dla przechodnia charakterze centrum. A druga to brak polityki transportowej - MPK jest tak żenujące, jak jego byli szefowie, rowerem jeździ się fajnie, ale już z dwójką dzieci niespecjalnie fajnie (mnie, mimo że od Manufaktury mieszkam 15 minut pieszo, łatwiej - nie szybciej, lecz właśniej łatwiej - dojechać tam samochodem!). To są konkrety, w dodatku względnie niedrogie konkrety, zwłaszcza w porówaniu do Gehry'ego, którego jakoś nie możemy zostawić w spokoju. O mieliźnie pod tytułem praca w Łodzi już nie chce mi się dzisiaj pisać, bo to rzecz powszechnie znana i dosyć banalna, choć przez to nie mniej bolesna.

00:23, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 maja 2011
Tym razem Wiedeń

Tym razem losy (he he) rzuciły mnie do Wiednia. I znów, jak z Kopenhagą, nie mogę powstrzymać się od porównywania do Łodzi, mimo, że i skala nie ta, i rozmach nie ten, i w ogóle wszystko nie to. Śródmieście Łodzi mogłoby udawać minimalny wycinek obrzeży centrum Wiednia, gdyby tylko spełnić parę warunków. I właśnie o tych warunkach będzie dzisiaj. 

Jak łatwo się domyślić, piję do kamienic. Różnica polega na tym, że jakimś cudem tutejsze są zadbane, a nasze zniszczone. Wiadomo - status prawno-własnościowy, pieniądze, komuna, żule itd. Stara śpiewka. Ale jest jeszcze coś, w zasadzie banalnego, o czym w Łodzi nie chce się pamiętać. Otóż tutaj, widziałem na własne oczy, non stop ktoś coś myje, sprząta, odmalowuje i renowuje. I to, że u nas to się nie dzieje, nie jest wynikiem braku pieniędzy (choć częściowo oczywiście też), zamieszania ze stanem prawnym, występowania żuli i mentalnej śpuścizny komunistów, lecz po prostu złego zarządzania. Nie raz i nie dwa już o tym tu pisałem, ale najwyraźniej nie dosyć. O ile rozumiem, że jeden z najważniejszych, moim zdaniem, elementów zachowania czystości, czyli utrzymywanie ulic w porządku, wymaga pieniędzy, o tyle witryny, elewacje i chodniki są brudne, bo w którymś momencie "przeważył" stan brudu nad stanem czystości. Czyli "normą" stało się zaniedbanie, a wyjątkiem dbałość. Oczywiście konsekwencje takiego stosunku "stanów" są bardzo złe. Bo skoro norma, to i służby traktują to jak normę i dotychczas dbający mieszkańcy zaczynają zastanawiać się, po co właściwie mają się męczyć, skoro "nikt" nie sprząta.

W Wiedniu (przynajmniej w centrum) normą jest czystość. Ulice są czyste, chodniki są czyste, witryny są czyste i jest to na porządku dziennym.  Błędem naszego zarządzania, podstawowym błędem, jest brak rozpoznania sytuacji i brak zakomunikowania jej sobie i innym. Dopiero potem można myśleć o rozwiązaniach. Nikt jeszcze w Łodzi nie powiedział, że jesteśmy brudnym miastem, bo w ogóle, jako społeczność, tolerujemy, akceptujemy syf. To się na szczęście zmienia, coraz więcej jest ludzi, którzy zwracają uwagę na estetykę przestrzeni poza drzwiami własnych domów, chociaż cały czas przewaga jest po stronie tych, którzy mają to głęboko w dupie. Moim skromnym zdaniem Kropa dostał kopa w dużej mierze dlatego, że kompletnie zaniedbał to, jak Łódź wygląda. Źle zarządzał. I mimo tego, że jeszcze jest mniej ludzi, którzy dbają od tych, którzy nie dbają, wydaje mi się, że właśnie w tym momencie potrzebne jest bardzo duże wsparcie miasta dla tych, dla których przestrzeń publiczna jest nieobojętna. Bez tego wsparcia nigdy szale społecznej wagi się nie odwrócą. 

Skąd to moje przekonanie? Po pierwsze z porażki Kropy i komentarzy jej towarzyszących - właśnie o tym, że dopuścił do zasyfienia miasta. Po drugie z powszechnie wyrażanej przez łodzian pogardzy dla estetyki miasta -  jeśli ludzie mówią, że Łódź jest brzydka, to znaczy, że ich to uwiera, że widzą tę brzydotę i się na nią nie godzą. Póki co wyrazem ich niezgody jest bojkot wyborów i emigracja, ale może nadejdzie czas, gdy przybierze to inną formę. Po trzecie z obserwacji własnego podwórka - coraz więcej kamienic jest odnawianych, coraz więcej ludzi sprząta po własnych psach (co 5 lat temu było absolutnie niespotykane). Owszem, wciąż chłopcy na posyłki lokalnych stadionowych mafiosów znaczą sprejami teren w złudnym poczuciu wspólnej mocy, owszem, większość psiarzy nie sprząta, ale zmiana jest wyraźna. 

Ale wróćmy do Wiednia i warunków, oprócz egzekwowania czystości "na własnym odcinku":

1.Ulice i chodniki. Otóż widzę, że jak jest czysta, prosta i niedziurawa ulica, to i kamienica przy niej jest czysta. Kilka lat temu budynek po Capitolu był odnowiony i zainstalował się tam sklep komputerowy. Tuż po remoncie elewacji od Próchnika została zapaćkana błotem, wkrótce poszarzała na tyle, że trudno było poznać, że w ogóle był remont. Dlaczego? Bo na jej wysokości była dziura w jezdni (nadal zresztą jest), w którą wpadają samochody i bryzgają błotem.

2.Czyste budy. Jest sporo bud z kebabami i chińszczyzną, wątpliwej estetyki, ale jakoś na tle pięknych kamienic nie rażą, a raczej dodają kolorytu okolicy. I są raczej czyste. Czyli znów kwestia proporcji. Nie chodzi o to, żeby się ich pozbyć w ogóle, lecz raczej o to, żeby nie było ich za dużo i by były zadbane. 

3. Przyjazna ludziom przestrzeń. Sporo jest ławek i stolików. U nas niby wiele osób o tym wciąż mówi, ogłaszane są konkursy, ale samych ławek nie widać. Wyobrażacie sobie stolik z czterema krzesełkami (taki warcabowy zestaw, jak np. w parku Śledzia, tyle że nie betonowy, lecz leżejszy, metalowy) na chodniku, powiedzmy na rogu Więckowskiego i Żeromskiego? Tu takie coś widziałem:-) O uspokojonym ruchu, placach zabaw, klombach, trawnikach, drzewach (np. palmach w donicach) i placach do chodzenia i siedzenia nań i do objeżdżania samochodem już nie chce mi się pisać. 

4. Rowery. O ile dobrze pamiętam, to w Wiedniu jest ponad 1000 km ścieżek rowerowych. I rzeczywiście mnóstwo ludzi na rowerach, choć nie tyle, ile w Holandii czy w Kopenhadze. Sporo również na hulajnogach:-) Fajnie, ale wydaje mi się, że wielu wiedeńczyków średnie ma o tym zdanie - może dlatego, że dużo tych ścieżek wydzielono z chodników po prostu liniami i naprawdę trzeba uważać, jak się chodzi. No, ale rowerów sporo, więcej niż u nas, chociaż biorąc pod uwagę skalę miasta nie aż znowu aż tak dużo więcej. Różni się "przeciętny" rowerzysta, ale przede wszystkim w Wiedniu ruchem rowerowym się jakoś steruje. U nas jeszcze nie. 

5. Trawaje. Zauważalny procent tramwajów jest dosyć starych, takich jak u nas podmiejskie z niemieckiego (austriackiego?) demobilu. Ale jakoś są na czas i nie napierdalają (pardon le mot), jak startujące odrzutowce. Więc punktualność i komfort, niekoniecznie ultranowoczesność.   

6. Innowacyjność architektury. Oprócz wypasionych barokowych/renesansowych/secesyjnych/eklektycznych czy jakich tam jeszcze kamienic jest sporo nowych perełek, jak choćby słynny Hundertwasserhaus. Dlaczego mamy jakąś dziwną manię ochoczego wydawania iluśtam megabaksów na projekt Gehry'ego, o którym wszyscy najprawdopodobniej wiedzą, że jest misiem na miarę naszych możliwości, a nikomu nie wpadnie do głowy, żeby wypromować któregoś lokalnego architekta, ogłaszając odczapistyczny konkurs, na, nie szukając daleko, renowację kamienic z rogu Próchnika i Lipowej. Tylko nie mówcie, że nie ma pieniędzy, bo się Gehry kostką lodu z łyskacza zakrztusi...

7. Charakter rynków - Naschmarkt a Zielony Rynek. Trochę podobne, a jak bardzo różne. W Wiedniu oprócz straganów z warzywami pełno pełnych ludzi nawet nie restauracji, tylo knajpek. Nie chcę już brnąć w domysły dlaczego Zielony Rynek jest pusty po 16, a Naschmarkt generuje ruch ( i to jaki ruch!) do późnych godzin wieczornych. Teoretycznie miałbym kilka hipotez i recept, ale ponieważ wpis i tak już się przeciągnął, to na tym skończę.

Wymieniłem elementy, które w ogóle są w miarę podobne, w szczególe jednak bardzo się róźnią, na niekorzyść jednej ze stron, niestety. Wyczyśćmy, wymyjmy, wyciszmy, upunktualnijmy, uporządkujmy, to przy pochmurnej, mglistej pogodzie turysta z Japonii, gdyby w magiczny sposób przenieść śródmieście Łodzi na miejsce IV dzielnicy Wiednia, nie poczułby dysonansu poznawczego:-) 

22:52, miejskie_narty
Link Komentarze (1) »
środa, 11 maja 2011
Krytyka Polityczna na Piotrkowskiej

Krytyka Polityczna otworzyła świetlicę przy Piotrkowskiej. Świetnie, bardzo dobra wiadomości. Sam nie mogłem być na otwarciu, bo chwilowo jestem poza Łodzią, ale mam relację z pierwszej ręki. Zanim jednak do tego dojdę, pozwólcie, że przez moment popastwię się nad wydźwiękiem pierwszego zdania. 

"Krytyka Polityczny otworzyła świetlicę przy Piotrkowskiej". Dwie rzeczy mnie tu rażą. Po pierwsze "świetlica". No coż, może jestem starym dziadem, może po prostu nie czuję, tego, co czuć się powinno, ale dla mnie, przepraszam za słowo, moda, hipsterska moda?, na kuturowo-komercyjne odniesienia do stylistyki okresu PRL-u śmierdzi. I dlatego nie kręcą mnie biznesowe produkty Fajnych Chłopaków czy Pan Tu Nie Stał. Nie chodzę do Owoców i Warzyw (mam w okolicy sklep Warzywko, o którym już kiedyś pisałem) i nie rozumiem, dlaczego klubokawiarnia jest lepsza od baru.  "Świetlica" na moje ucho wpisuje się w ten klimat. Od razu wyobrażam sobie konkretny typ klienta, ale ponieważ jest to obraz najpewniej niesprawiedliwy i krzywdzący, nie będę brnął w szczegóły. Zresztą sam z chęcią bym został klientem świetlicy w miniony poniedziałek. 

Druga rzecz, która mnie razi to adres przy Piotrkowskiej. Wiem, że teraz nie ma już mowy o elitarnym, snobistycznym, eleganckim i ekskluzywnym charakterze tej ulicy. Być może nigdy zresztą tak naprawdę nie była elitarna, elegancka i ekskluzywna. Była jednak zawsze wizytówką, architektonicznym jasnym punktem na mapie Łodzi, drogą, snobistyczną lokalizacją handlowych, mieszczańskich z gruntu przedsięwzięć. I dziś wciąż się kojarzy (siłą inercji) z minionym (kupieckim?) splendorem. I dlatego, znów wyłącznie skojarzeniowo, nie pasuje mi do adresu lewicowej Krytyki. Ale to czepianie się w sumie. Rozumiem doskonale, że "świetlica" nie może być pusta, dzieci muszą przychodzić, żeby im czytać wybrane bajki i żeby świetlicowy biznez się kręcił. Z mojego, idealistycznego, punktu widzenia takie miejsce pasuje gdzieś bardziej na uboczu, niekoniecznie tu musi być Stare Polesie, choć oczywiście chętnie, ale na przykład okolice Sienkiewcza, Tuwima czy gdziekolwiek indziej w Śródmieściu by mnie różnież cieszyły. Dlatego przede wszystkim, że według mnie przekleństwem Łodzi jest centralna pozycja (mentalnie i infrastrukturalnie) Piotrkowskiej. KP nie otworzy się przy Kilińskiego, bo tam jest bardzo trudno dotrzeć - nie przechodzi się tam ot tak sobie, bo zbyt mało jest tam atrakcyjnych miejsc, żeby generować ruch innych niż mieszkańców. I mamy paradoks - nikt nie chodzi, bo nie ma po co, nie ma po co, bo nie ma dla kogo. I trudno oczekiwać od KP, że będzie się wyłamywać. A może właśnie od niej należało by?

Po tych wszystkich zastrzeżeniach chciałbym jednak wyrazić swoją radość z tego, że  świetlica KP powstała. Mam nadzieję, że uda mi się tam jeszcze po coś wybrać. Jest to jakaś iskierka w ciemnym tunelu ironicznie niegdyś nazwanym Łodzią. Fajnie też, że są Fajne Chłopaki, dobrze, że Pan Tu Nie Stał jednak stoi przy Hotelu Centrum (który już nie straszy neonem Hot.. ....rum). Potrzeba więcej takich kolorowych przedsięwzięć i potrzeba ich przede wszystkim w Śródmieściu poza Piotrkowską. Dopóki na mapie Śródmieści nie znajdzie się cała sieć różnych punktów do których warto się wybrać, dopóty sama Piotrkowska (i reszta) będzie taka, jaka jest teraz - kebabiasta. 

A o Żiżku napiszę innym razem:-) 

 

09:00, miejskie_narty
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Plac zabaw

Wiosna chyba już zadomowiła się na dobre, więc  dzieciaci ludzie, oraz organy wykonawcze ogranów administracyjnych, ruszyły na place zabaw. Czyli łatwo się można domyśleć, że dzisiejszy odcinek nie będzie o Starym Polesiu, ponieważ na naszym kilkudziesięciotysięcznym osiedlu trudno szukać takiego placu zabaw, na który chciałoby się komkolwiek specjalnie wybrać. A że ja akurat w tak zwanym walking distance nie mam żadnego, to jak już wsiadam w samochód, to jadę tam, gdzie spodziewam się jak najmniejszej porażki. Dziś padło na park Poniatowskiego.

Jeszcze w zeszłym sezonie plac zabaw był tam tuż przy amfiteatrze, co rzeczywiście nie było najszczęśliwszym rozwiązaniem, bo jak wiadomo, amfiteatr służy głównie do przesiadywania tam ciepłymi wieczorami, rzucania przed siebie puszkami po piwie z biedronki i pstrykania kiepami na prawo i lewo. Co słabo wpływa na jakość nawierzchni, po której następnego dnia hasają dzieciaki. W tym roku plac przeniesiono kilkanaście metrów na wschód, ogrodzono pięknie, a alejki wyłożono, ze względu na bezpieczeństwo dzieci - nie jakąś gumopodobną pianką, która nie dość, że jest miękka, przez co trudniej zachować brzdącom równowagę, to jeszcze pewnie z jakiejś rakotwórczej, chińskiej mieszanki jest zrobiona - lecz starą, dobrą, betonową i ekologiczną kostką Bauma. Między alejkami jest drobny piasek. Taki, jaki czasem jeszcze spotyka się w popielniczkach w miejscach publicznych. Sprzęty oczywiście raczej nienowe - po co, skoro stare, metalowe jeszcze były zupełnie niezniszczone?

I  dziś właśnie, po 16 przybyłem na ten nowy-stary plac zabaw, by spotkać się ze swoimi pociechami. Wszystko przebiegało bardzo doobrze, dopóki nie wszedłem na karuzelę. Bo okazało się, że synek, po złapaniu się uchwytu całkowicie rozmazał świeżutko położoną, żółtą farbę na uchwycie! Owszem, wcześniej widziałem na intensywnie zielonych ławka karteczki z napisem świeżo malowane, ale to było na ławkach.

Po krótkiej kwerendzie dowiedziałem się, że rzeczywiście kilka minutut wcześniej kręcili się kolesie, którzy przyznawali się do wcześniejszego dokonania aktu renowacyjno-dekoratorskiego. Niestety, udało mi się tylko pstryknąć ich odwrót żółtym kangoo i zielonkawą octavią (gdyby ktoś chciał mam foty). Nie muszę chyba dodawać, w jakim stanie były ubrania co niektórych dzieci. Dziś być może nie było jakiś strasznych tłumów, ale jednak trochę ludzi się przewijało i naprawdę nietrudno to było przewidzieć.

Jaki z tego morał? Dosyć oczywisty: nie chcę tutaj generować opowieści z cyklu urzekła mnie twoja historia, lecz naprawdę krew mnie zalewa, gdy widzę debilizm ludzi malujących w środku słonecznego dnia huśtawki, karuzele i inne takie, na których dzieciaki uwielbiają się bawić, bez wyraźnego i jasnego ostrzeżenia. OK, ławki chciało się panom oznakować, ale dlaczego na boga nie zamknęli całego placu na jeden dzień i nie pomalowali wszystkich sprzętów na raz? Tylko głupota i brak wyobraźni, czy coś poza tym?

PS. Oczywiście panowie nie zamalowali gwiazdy Dawida na baraku (może to nawet ich hotel?) spojącym kilka metrów za placaem i na spodzie zjeżdżalni. Widocznie nie było tego w kontrakcie.

22:53, miejskie_narty
Link Dodaj komentarz »