Kategorie: Wszystkie | ASUL | forma | materiał | miasto
RSS
środa, 01 grudnia 2010
Zima trzyma

Ponieważ ostatnie parę dni do pracy chodzę pieszo, miałem trochę więcej czasu, by rozejrzeć się po okolicy i pomyśleć o niej.

Wiadomo, w Łodzi cały czas tiry sprawiają, że ulice i chodniki zawalone są śniegiem. Jedne trochę bardziej, inne znacznie mniej. We wtorek na przykład trudno było przejść obok szpitala WAM przy Żeromskiego. Mimo że wiadomo jest, że sporo ludzi się tam kręci, w chodniku wydeptana była tylko wąziutka ścieżka w śniegu. Dziś rano  ekipa w końcu odkuwała i odgraniała chodnik - więc można pochwalić, że wzięli się do roboty, można też i zganić, że dopiero po kilkudziesięciu godzinach od zasypania:-)

Pługów raczej nie widać, więc i nie ma problemu z tym, że śnieg odgarnięty przez dozorców na ulicę spychany jest z powrotem na chodnik. Współczuję ludziom, którzy machają szuflami. Nic tak nie demotywuje, jak świadomość, że sąsiad nie odśnieża i w zasadzie nic się nie dzieje. Myślę, że straz miejska powinna posadzić za biurkiem jednego forward managera, wcześniej ogłosić w mediach, że czekamy, chcemy, zachęcamy i z otwartymi ramionami przyjmujemy mejle i MMS-y z informacjami, popartymi fotami o nieodśnieżonych chodnikach. I taki forward manager powinien dzwonić do administratora każdej takiej zgłoszonej nieruchomości i grzecznie go pytać, czy odśnieżyli i dlaczego nie, potem ustalać z nim realny, krótki termin odśnieżenia i informować, że każde następne zgłoszenie po tym terminie będzie skutkowało grzywną (oczywiście odpowienio wyższą niż koszt odśnieżania dla danego budynku).

Myślę, że by pomogło. Każdy ma przecież komórkę z aparatem i jakiś procent ludzi wydeptujących ścieżki w zasypanych chodnikach puści MMS-a bądź wyśle mejla, jak już dotrze do domu czy biura.

Że donosicielstwo? Eee. Po porstu próba wyegzekwowania obowiązków od administratorów. Wiem z doświadczenia, że umowy na sprzątanie podpisywane przez nich z podwykonawcami często są nieprecyzyjne i zawierają ogólne sformułownia typu "odśnieżanie, gdy zachodzi taka potrzeba". Zazwyczaj jest to celowy zabieg, stosowany po to, żeby obniżyć wysokie i tak koszty. Bo oczywiście nikogo nie doi się lepiej niż Wspólnoty Mieszkaniowe zimą - ponieważ odpowiedzialność za finanse jest rozproszona, a pewne czynności po prostu muszą być wykonane. Więc się płaci. U nas na przykład w zeszłym roku za odśnieżenie dachu o powierzchni mniej więcej 400m2 firma zainkasowała bodajże 900zł. Zajęło to szefowi i dwóm jego ludziom (czyli dwóm ludziom) jakieś 40 minut. A jak po robocie przy całej ekipie chciałem wymienić ustaloną kwotę, żeby ustalić szczegóły płatności, to szef z przerażeniem w oczach uciszył mnie teatralnym szeptem, by nie daj bóg się pracownicy nie dowiedzieli na ile nas (i ich) skasował.

Co jeszcze można zrobić? Myślę, że można jakoś zaplanować zarządzanie zwałami śniegu. Centrum ma ograniczoną przestrzeń i przerzucanie zmrożonej brei z ulicy na pobocze (mejsca parkingowe) i chodnik przez pługi, a potem w odwrotną stronę przez dozorców, aż w końcu, po kilku takich rundach, uformuje się zaspa na styku ulicy i chodnika, jest bezsensowne. Trzeba albo z części ulic od razu ten śnieg wywozić (wiem, drogie, mentalnie i "politycznie" trudne do zlecenia) albo od razu puszczać ekipy z łopatami, żeby na miejscu oceniały sytuację i ten śnieg w jak najmniej przeszkadzające bloki formować. Bo potem on zalega często do marca.

Próchnika na przykład co roku z ulicy dwupasmowej staje się jednopasmową. Sama się staje. Ale gdyby ktoś trochę pomyślał i doszedł do wniosku, że jak ma się sama stać jednopasmowa i przy okazji stracić 90% miejsc parkingowych, to może po prostu zaplanować jeden pas, a drugi przeznaczyć na zorganizowane składowanie śniegu? Tak żeby uratować miejsca parkingowe i chodniki chociaż? Nie wiem, może to z jakichś powodów zły pomysł, ale jakiś. W porównaniu z odwracaniem głowy przez "odpowiedzialnych" i tak dużo.

 

 

23:22, miejskie_narty , miasto
Link Komentarze (2) »
sobota, 16 października 2010
No i po ESK

Kto dał ciała?

Oczywiście chwilę po ogłoszeniu decyzji rozpoczął się kulturalny flashmob pt. wskaż paluchem winnego. Próbka w lokalnej Wyborczej. Z mojego punktu widzenia, czyli z perspektywy szarego człowieka, ważne jest, by pamiętać o paru sprawach:

1. Candrowicz z jednej strony rozpoczął starania o tytuł ESK i to w dużej mierze, jeśli nie przede wszystkim, jemu zawdzięczamy tak duży rozgłos inicjatywy. Z drugiej strony dostał wolną rękę i duże pieniądze od Tomaszewskiego i być może popełnił błędy - dla wielu komentatorów facet w rajtuzach i gadżety były niepoważne i nieprofesjonalne. Ale jeśli nawet Candrowicz okazał się słaby, to nie wydaje mi się, by to jego należało obwiniać. Odpowiedzialność leży w jego mocodawcach, głównie w Tomaszewskim. Obecna ekpia nie miała wyjścia - musiała kontynuować rozpoczętą przez poprzedników grę z Candrowiczem w ataku.

2. W nieoficjalnych komentarzach do werdyktu komisji wskazuje się, zwłaszcza robi to minister Zdrojewski, na zawirowania w lokalnej polityce i wynikającą z nich utratę ważnych festiwali. No cóż, na zdrowy rozum wydaje się to być ważnym argumentem. W końcu stabilność władz, stabilność procesu decyzyjnego to niesłychanie istotna sprawa. I znów wracamy do spółki Tomaszewski&Kropiwnicki i jej politiki sypania groszem swoim pupilom. Nie chcę wyjść na aopologętę Sadzyńskiego i Jońskiego, ale w kwestii ESK co mieli zrobić? Muslieli robić dobrą minę do każdej gry. A że możliwe, że wierzyli w Candrowicza, to już inna sprawa.

Więc dla mnie ciała dali przede wszystkim Kropiwnicki i Tomaszewski, tak ustawiając menedżersko-polityczną konfigurację kultury i działań związanych z staraniami o tytuł ESK, że w efekcie wszystko zależało od autorskiej wizji Candrowicza. Poza tym winić należy Radę Miasta, która ochoczo weszła na kulturaly ring, przygotowany przez Pielgrzyma i Pierwszego, by załatwiać swoje partyjne interesy, co zaowocowało tragifarsą z p. Żydowiczem i p. Knychalską w rolach głównych. Wreszcie trzeba paluch skierować na Jońskiego i Sadzyńskiego, którzy wybrali sobie nie najlepszy moment na robienie porządków w kulturze po przejęciu władzy. O ile rozumiem, że z Żydowiczem szło o grube miliony i nie można było trudnych decyzji odwlec w czasie (znów robota K&T), o tyle postronnemu obserwatorowi niełatwo pojąć pośpiech z FD4K. Może były istotne powody, nie wiem. Tak czy inaczej efekt PR-owy zlikwidowania dwóch flagowych festiwali był do przewidzenia.

Nie zgadzam się natomiast z red. Domareckim, który sugeruje, byśmy sami uderzyli się w piersi za konsekwentne wybory partaczy i cwaniaków na włodarzy miasta. Każdy może zrobić rachunek sumienia, ale tylko i wyłącznie osobisty. A że tak się składa, że żyjemy w mieście, gdzie w ostatnich wyborach najwięcej współmieszkańców powtórnie zaufała Kropiwnickiemu, to cóż - można pokusić się o wyciągnięcie z tego jakiś wniosków - ale nie ma w tym niczyjej zbiorowej winy. Tak po prostu jest. A co zrobić, żeby było inaczej, to temat na inną (dziesiątki innych) notek.

Więc jeszcze raz: mnie się widzi, że ciała po raz kolejny dał ten, co go już politycznie u nas nie ma wraz z tym, co politycznie bardzo chciałby znów nad nami być, brrr...

23:10, miejskie_narty , miasto
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 września 2010
1989

Witold Waszczykowski, kandydat na prezydenta Łodzi, dixit:

miasto wygląda tak, jakby nigdy nie było 1989 roku

Paweł Domarecki skomentował te słowa w Dzienniku, przyznając, że sam przez chwilę kiedyś tak pomyślał, co mnie trochę zdziwiło. Rozumiem, że polityk nie musi specjalnie myśleć nad tym, co mówi, ale takie wyznanie z ust takiego dziennikarza? Bo jak to inaczej interpretować niż oświadczenie, że w Łodzi gospodarka jedzie torem z uprzedniej epoki? Czyli, że co, jest centralnie sterowana? Jest nierealna (hmm, tu coś jest na rzeczy), mentalnie zapyziała (hmm... no dobrze, poprzestanę tutaj, bo mi jeszcze teza do wpisu poleci;-))? Mnie nigdy takie skojarzenie nie przyszło do głowy, o czym napisałem w komentarzu u P.D., i co poniżej przeklejam w prawie nie zmienionej wersji:

Ja, jako łodzianin od mniej więcej 10 lat, nigdy nie pomyślałem o Łodzi w ten sposób - czyli, że ominęła ją transformacja z 1989 roku. Wręcz przeciwnie - tu jak mikroskopie widać było jej efekty. Przecież Piotrkowska w latach 90. kwitła, przecież to pod Łodzią powstało jedno z największych, najbardziej otwartych na świat, targowisk w Polsce. Tutaj samorządność w sensie dosłownym - czyli brania spraw we własne ręce, czyli stanowienia o sobie, czyli tego, co jest jednym z podstawowych wymiarów przejścia na tryb demokratyczny, widoczna była i jest cały czas. 

Pan Waszczykowski zdaje się mylić brak zainteresowania zewnętrznego kapitału Łodzią z rozwojem (także gospodarczym) miasta. Łódź rozwija się na miarę swoich możliwości, po prostu. Nie ma - a raczej nie miała do mniej więcej 5 lat wstecz - zastrzyków reanimacyjnych z zewnątrz. Takich zastrzyków, jakie miała defaultowo stolica, jakie miały, pewnie z racji położenia i związków z Niemcami, Poznań, Wrocław czy miasta Pomorza.

Dla mnie Łódź jest jak Polska w pigułce - trochę prowincjonalna, lecz z aspiracjami mocarstwowymi (patrz choćby zapewnienia Kropy o metropolitalności miasta), pozująca na bogatą, lecz w rzeczywistości biedna, potencjalnie ładna, lecz w detalu i "chwili obecnej" zaniedbana, nieuporządkowana i po prostu brzydka. I najważniejsze - tak niezdefiniowana (może lepiej powiedzieć: sprzeczna bądź rozdarta), jak niezdefiniowana i rozdarta jest dzisiaj cała Polska. 

No, ale rozumiem, że takie porówanie Polski do Łodzi może być nie do przyjęcia dla nie-łodzianina, jakim jest pan Waszczykowski i jakim był red. Domarecki (i ja też zresztą - lecz trochę innym, bo przyjechałem tu na studia i można powiedzieć, że dopiero tutaj dorosłem).

 

 

01:42, miejskie_narty , miasto
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 września 2010
PO weźmie prezydenta?

Joński oficjalnym kandydatem SLD na prezydenta Łodzi! Niby nic zaskakującego, ale jednak nie mogę uwierzyć. Nie znam osobiście kandydata, jedynie widziałem go raz czy dwa na Zielonym Rynku. Raz nawet dokładnie 10 kwietnia, gdy w kolejce po ziemniaki siłą rzeczy robił za lepiej poinformowanego w sprawie katastrofy. Muszę przyznać, że wtedy naprawdę prezentował się dobrze i poważnie, nawet mimo niejakiej aury picusia-japiszona, którą roztaczał wokół siebie.

No, ale to były wyjątkowe okoliczności. Dziś, wydaje mi się, że jego imidż nie pozwoli mu wygrać. Jak dla mnie ma on w sobie co niepoważnego - coś chłopięcego, pewien sznyt prymusa-łobuza, który z jednej strony pozwala mu brylować wśród równieśników, z drugiej zapewnia określoną opinię wśród doświadczonych nauczycieli - w tym przypadku wyborców słusznej daty. I myślę, że Joński dziś jest tak samo niewybieralny, jak uprzednio Kwiatkowski. Nie chodzi o to, że jest za młody. Raczej o to, że za młodo wygląda, przy czym gada zbyt staro. Taki trochę stary maleńki. Twarz chłopca, ciuchy japiszona, teksty partyjniaka. Całość niespójna, przez to niewiarygodna.

Chciałbym, żeby prezydentem był ktoś młody, ale młody duchem. Już Sadzyński się lepiej w tej roli sprzedaje, choć przecież jeszcze niedawno wyglądał na urzędasa pełną gębą. Ale przecież trzeba pamiętać o tym, że jednak w póki co Łódź to nie jest miasto dla młodych ludzi...

Platforma musi się mocno postarać, żeby te wybory przegrać, choć przecież z braku wyraźnego lidera w regionie musi się również mocno postarać, by je wygrać. Niemniej trzeba pamiętać, że dziś Kwiatkowski, gdyby chciał startować, wydaje mi się, bez problemu pokonałby i Jońskiego i Tomaszewskiego. Sęk w tym, że jak już jakiś polityk okrzepnie na tyle, by wygrać i mieć szanse na dobre sprawowanie urzędu prezydenta Łodzi, niespecjalnie się nim interesuje. Ale taki chyba już urok drugoligowego miasta. Nieprzypadkowo najlepiej zarządzane okazują się te miasta , których prezydenci nie mają ambicji ogólnopolskich, lecz zależy im na mieście. Wielka szkoda, że najsilniejszym samorządowcem dziś jest człowiek, który widzi tor F1 na Brusie. No, ale jest nadzieja, że SLD nie pozwoli zapomnieć wyborcom o "sukcesach" poprzedników odwołanych w referendum. Choć ich oczywiście nie można lekceważyć - w końcu zęby zjedli na promowaniu siebie i swoich kuriozalnych pomysłów.

Czy będzie liczył się ktoś czwarty oprócz Jońskiego, Tomaszewskiego i kandydata PO? Wątpię. Michalik? Piątkowski? Jakiś desant z pisowskiej centrali? Eee:-)

 

00:53, miejskie_narty , miasto
Link Komentarze (2) »
niedziela, 29 sierpnia 2010
I'm back

Wróciłem po wakacjach, więc można znów się spodziewać jako takiej regularności we wpisach.

Prawie dwa miesiące siedziałem pod Łodzią w zasadzie bez internetu i zaglądając do domu od czasu do czasu tylko na chwilę, stąd mnóstwo braków w lokalnych aktualnościach. Ominęło mnie tak ciekawe wydarzenie, jak koncert Śliny ( http://msl.org.pl/public/files/Informacja%20o%20koncercie%20Śliny.doc ) w Muzeum Sztuki czy większość pokazów fimów Godarda. Może uda mi się pójść przynajmniej na ostatnie dwa.

Za to wielkimi krokami zbliżają się wybory samorządowe, więc z pewnością będzie o czym pisać. Już zresztą red. Domarecki trzyma rękę na pulsie i niezmiennie polcem jego blog.

Poza tym jak się wróci do Łodzi po dwumiesięcznej nieobecności, to narzuca się nieodparte wrażenie, że ulice opanowe są przez dresokształtnych w różnych stadiach rozwoju (a czasami zwoju), natomiast centra handlowe pełne są ludzi "europejskich" - młodych, ładnych, dobrze ubranych i zasobnych. Pewnie to nic odkrywczego, ale ten kontrast rzuca się w oczy po przyjeździe ze wsi. Co jeszcze na początek? Fajnie jest znów słyszeć za oknem samochody i tramwaje, a nie jakieś przebrzydłe ptaszyska i świerszcze. I powietrze tu jakieś bardziej znośne niż na łonie.

Krótko mówiąc, stęskniłem się, także za blogiem.

 

12:47, miejskie_narty , miasto
Link Komentarze (2) »
piątek, 09 lipca 2010
Z Więckowskiego na Lipową

Dziennik informuje, że rodzina z Więckowskiego, którą dzień wcześniej eksmitowali antyterroryści dostała lokal przy Lipowej, lecz nie zgodziła się go przyjąć, twierdząc, że nie jest wyremontowany. (Odmowa ta oczywiście zasługuje na osobny komentarz, ale nie mam na niego trochę siły).

Taka wiadomość potiwerdza to, co wiadomo od dawna i o czym pisałem niedawno tutaj i na - polityka mieszkaniowa w Łodzi nie istnieje. Bo gdyby istniała, to nikt by nie zaproponował tym ludziom lokalu zastępczego przy Lipowej. Być może ta ulica jest jedną z zamykających centrum, lecz z pewnością ze względu na charakter zabudowy do niego należy. Gdyby ludziom z WBiL leżało na urzędniczym sercu dobro centrum Łodzi (w ogóle, a Starego Polesie w szczególe), to nigdy by nie podjęli takiej decyzji. A tak, mamy, co mamy.

Cieszy jedynie, że temat wywołany przez list prezesa ŁSSE podchwyciły łódzkie gazety i cały czas jest podbijany. Można założyć, że dzięki temu stanie się - a myślę, że już się staje - jednym z wątków nadchodzącej kampanii wyborczej. To oczywiście dobra wiadomości, choć przy okazji należy uważać, bo przecież wiadomo, że w kampaniach króluje populizm. Przepraszam, że piszę takie banały (ostatnio przyszedł mi do głowy "bonmot", że Łódź to niebanalne miasto, bo tu wciąż, to, co gdzieś indziej uchodzi za banał bywa często nieodkryte i wymaga wyjaśniania, dopowiadania i prostowania i wykładania;-)), ale warto o tym pamiętać.

Trzymam kciuki, żeby lokalni politycy (za wyjątkiem Tomaszewskiego - na niego niestety nie liczę) uznali, że łódzki wyborca swój rozum ma i pojmuje, że w interesie władz miasta leży nie tylko dbanie o mieszkańców, lecz także, jeśli nie przede wszystkim, o samo miasto. Myślę, że lekcja z wyrzucenia z roboty Kropiwnickiego (i Tomaszewskiego, o czym ten chciałby, byśmy zapomnieli) została wyciągnięta, ale na wszelki wypadek, powtarzam, dla utrwalenia: Kropa został wyautowany, bo zaniedbał MIASTO (czyli CENTRUM miasta). Bo przez siedem lat jego rządów dystans dzielący komfort życia w Łodzi od komfortu życia w innymi pierwszoligowych (przy założeniu, że stolica gra w ogóle w innych rozgrywkach) miastach - Poznaniu, Wrocławiu, Katowicach, Trójmieście i Krakowie - pogłębił się. I na nic zda się żonglowanie liczbami w "Łodziaku", na nic zdadzą się listy Tomaszewskiego do łodzian. Ten dystans widać gołym okiem, i widać go głównie w centrum.

Nie wydaje mi się, żeby była gigantyczna różnica między wyglądem Retkini i podobnego poznańskiego osiedla. Być może tam tramwaje są czystsze i bardziej punktualne, ale blok to blok, apartamentowiec to apartamentowiec. Różnice są w centrum. Moim skromnym zdaniem laika o poczuciu zadowolenia z życia, o komforcie życia w danym mieście w dużej mierze decyduje standrad ścisłego centrum. Ta wspólna przestrzeń, w której niekoniecznie trzeba mieszkać, lecz przez którą codziennie się przejeżdża (przechodzi!), i z którą można się zidentyfikować. Urzędnicy Wydziału Budynków i Lokali, którzy przydzielili patologicznej rodzinie z Więckowskiego lokal na Lipowej najwyraźniej tego nie wiedzą.

Szanowni Państwo, zrozumcie ten banał. CENTRUM jest lepsze lepsze niż gorsze. Nawet jeśli trudno go udowodnić, to przyjmijcie go jako założenie, którego realizacja na pewno nie zaszkodzi, a może pomoc. Pomóc przede wszystkim Łodzi. No i oczywiście Waszym przełożonym wygrać wybory! Teraz rozumiecie? :-)

14:52, miejskie_narty , miasto
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 lipca 2010
Alarm! Wysiedlają żulików i meneli!

Znów komentuję prasę, czyli w tym wypadku propozycję Marka Cieślaka, prezesa ŁSSE podchwyconą przez Joannę Blewąskę w GŁ.

Przede wszystkim kuriozalne dosyć jest to, że dziennikarka dodatu Wyborczej bez komentarza cytuje słowa prezesa:

Zdaniem Cieślaka od wysiedlenia mieszkańców (gmina musi dla nich znaleźć mieszkania w innym rejonie) oraz od remontu kamienic w otoczeniu.

Co to znaczy wysiedlić mieszkańców? I co to znaczy otoczenie? Czy chodzi tylko o famuły, tak podobne do tych na Księżym Młynie, które jednak mają znacznie gorszy niż Księży Młyn piar? Czy chodzi także o dalsze ulice, na które nieopatrznie mogliby się zapuścić inwestorzy: Legionów, Mielczarskiego, Jerzego, Gdańską, Próchnika, 1 Maja itd? Czy wszystkich tych mieszkańców należy, jak mówi prezes "wysiedlić'? Czy chodzi mu pomalowanie trawy w stylu Tomaszewskiego, który proponował sprzedanie (z artykułu wynika, że ta idea nadal jest aktualna w Magistracie), czyli wyrzucenie mieszkańców (głośno protestowali ci z Księżego Młyna, ale przypominam, że były wiceprezydent mówił również o famułach z Ogrodowej), sprzedanie obiektów developerowli, żeby zrobił wyspę zamożności, pewnie ogrodzoną siatką albo nawet gustowym stylizowanym płotem, że archtekt miasta nie jęczał. Nie mam nic przeciwko temu, żeby mieszkali tu zamożni ludzie, jednak jeśli ma to być enklawa, to proszę zauważyć, że nie rozwiąże ona problemu, o którym mówi pan Cieślak. Przesunie się wtedy tylko granicę "getta" o sto czy dwieście metrów. Dla dziarskich i chętnych nocnych wrażeń inwestorów nie będzie problemem, by minąć luksusowe już famuły z Ogrodowej i dojść do Legionów. I co wtedy? Postawić płot z drutem kolczasytm od gorszej strony a gustowną reklamą z lepszej?

W komentarzach pod artykułem pojawiają się propozycje zarówno rozwiązań, jak i przyczyn takiego stanu rzeczy. Bene, który rzadko komentuje i z którego komentarzami nieczęsto się zgadzam, lecz którego bardzo cenię za wiedzę (mimo że nie loguje się, nie mam wątpliwości, że jest to wciąż ta sama osoba) pisze o biedzie, jako o czynniku decydującym. Inni komentatorzy wskazują na potrzebę rozwoju, co oczywiście nie ulega wątpliwości. Ja dopisałem się w dyskusji, można to łatwo znaleźć, a jeśli się nie chce szukać wystarcz kliknąć tu i tu.  Przeredagowałem już nieco te komentarze i poprawiłem literówki, początkowo planując wkleić je w tym wpisie, ale ponieważ temat mnie trochę ponosi i już i tak jest za dużo tekstu, to zostawię je na oddzielną notkę. Może nawet dam ją już dziś.

 

10:51, miejskie_narty , miasto
Link Komentarze (5) »
czwartek, 17 czerwca 2010
Piotrkowska

Już kolejną notkę w swoim blogu poświęca red. Domarecki z Dziennika na forsowanie tezy o przywróceniu ruchu na Piotrkowskiej. Wyborcza tradycyjnie nie podejmuje na ten temat dyskusji, lecz broni starej koncepcji i nowego (względnie) menedżera z Kalki. Przycznynkiem do nowych głosów w dyskusji jest prostet "kupców" (opisany także w ), którzy chcą "ratować" Piotrkowską po swojemu. Czyli zwolnić Adamiaka i zostać przy dotychczasowej wolnej amerykance.

Rzeczywiście, gdy kilka miesięcy temu przeczytałem pierwszy raz notkę red. Domareckiego z argumentami za przywróceniem ruchu na Piotrkowskiej, to dało mi to do myślenia. Wcześniej uważałem "kupców" za ludzi kierujących się jedynie własnym dobrem, w istocie dbających o Piotrkowską o tyle, o ile z niej ciągną zyski. I jest im obojętne, jak ona będzie wyglądała, pod warunkiem, że klineci w ogródkach w sezonie letnim będą mogli bez oporów, w masowych ilościach, jak to kiedyś młodzież mówiła - łoić bronksy. Zresztą nadal tak uważam. Tyle tylko, że teraz dopuszczam myśl, że przypadkiem mogą oni coś sensownego powiedzieć, więc nie należy z zasady odrzucać tego, co mają do powiedzenia, lecz w spokoju rozważyć.

O ile  nie mam złudzeń, że w obecnej formie Piotrkowskiej nie da się reanimować, o tyle jednak myślę, że część jej powinna być deptakiem. Nie odcinek od Mickiewicza po pl. Wolności, jak zwykło się przyjmować, lecz znacznie krótszy - np. od Roosevelta do do 6 Sierpnia. Zdaję sobie sprawę, że wydzielenie takiego odcinka to będzie walka na śmierć i życie, ale trudno. Jakieś kryteria trzeba obrać (zostawiam to mądrzejszym od siebie) i cięcia należy dokonać. I wtedy ten odcinek powienien być prawdziwym deptakiem - z absolutnym zakazem wjazdu (poza oczywistymi wyjątkami). Reszta Piotrkowskiej, jak i reszta wcześniej wydzielonego centrum (znów: walka na śmierć i życie), powinna być obszarem uspokojonym.

To hasło podnoszą ostatnio rowerzyści, ale przecież takie rozwiązanie jest dobre dla wszystkich, nie tylko dla nich. Gdyby realnie wymusić, poprzez wprowadznie odpowiednich zmian prawnych i rozwiązaniań technicznych wolną, cichą i bezpieczną jazdę samochodów? Czyli po prostu przebudować tę przestrzeń, w której dziś między ścianami budynków po przeciwległych stronach ulicy znajduje się zazwyczaj dziurawa, dwupasmowa, jednokierunkowa jezdnia, po której pędzi się ile się da (czasem 20 na godzinę, innym razem 80) i dziurawy, nierówny, popękany chodnik z psimi kupami w taki sposób, by piesi i rowerzyści nie musieli bać się samochów, a z kolei kierowcy nie irytowali się z powodu rowerzystów. Gdyby dało się to zrobić, to by okazało się, że dzieci nie trzeba wszędzie wozić samochodem, bo w wiele miejsc mogą same dojechać rowerem. Okazało by się, że jest miejsce na zieleń w centrum, że w można otworzyć okno i nie narazić się utratę słuchu, że w zasadzie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby przed kawiarnią na Legionów wystawić stolik czy dwa z parasolami. I że przyjemnie się przy nim siedzi! Króko mówiąc, nagle okazało by się, że w centrum przyjemnie się mieszka. Ekonomia, tak ulubiona przez red. Domareckiego, odnalazłaby swoje prawa - "normalnym" ludziom najzwyczajniej zaczęłoby się opłacać tu mieszkać, więc nie tylko Piotrkowska, lecz i cała okolica zaczęłaby wychodzić z marazmu.

Bo jak słusznie zauważa red. Domarecki, Piotrkowska nie jest osamotnioną wyspą. Jest częścią centrum, teraz obumarłego w dużej mierze. Nawet jeśli rozmaite sztaby zdziałają cuda, by przywrócić jej trochę tchu, to na nic to się nie zda, jeśli nie zaczniemy uzdrawiać całego centrum. Jak będzie się chciało ludziom kupować mieszkania na Więckowskiego, to Piotrkowska będzie kwitła.

 

 

19:20, miejskie_narty , miasto
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 czerwca 2010
Znowu spory o kulturę

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że życie kulturalne Łodzi nieustannie jest przedmiotem przetargu politycznego. (Bo że jest również sposobem na biznez to nie mam wątpliwości).

Wczoraj ukazał się artykuł red. Bomanowskiej i red. Wiewiórskiego zwiastujący (w trybie oznajmującym, żeby było ciekawiej)  pozostanie Camerimage  w Łodzi. Rozumiem, że prywatnie można chcieć powyzłośliwiać się na Żydowicza, ale nie rozumiem, dlaczego w tym celu pisze się artykuł, zmiast ulać żółci z nieloga na Forum Łódź. No chyba, że decydują jakieś względy polityczne właśnie. Bo jaka jest funkcja takiego artykułu oprócz wkurzenia Żydowicza? Pokazanie, że autorzy mają rację? Nie wiem.

Także wczoraj w Dzienniku ukazał się tekst o festiwlu Czterech Kultur, z których zniknął dialog. Artykulik króciutki, niewiele nadto mówiący, lecz pozostawiający uczucie niedosytu. Bo jest info o czasie, jest info o nazwie, jest info o sporze z pp. Knychalskimi i jest info o posiedzeniu Komisji Kultury, gdzie decyzje dotyczące tych rewalcji zapadły. Brakuje w nim informacji, w jakiej formie ten festwial będzie się odbywał, kto w sensie prawnym jest jego organizatorem (gmina? jakaś fundacja?, jakaś inicjatywa prywatno-publiczna?), w jaki sposób zabezpieczone są interesy miasta, czy gwarantowana jest ciągłość festwialu itd. Być może te informacje pojawiły się, gdy mnie nie było, w każdym razie nie mogę znaleźć nic oprócz doniesień o nienajlepszej opinii nowego dyrektora. Przepraszam, p.o. dyrektora.

No i dziś wreszcie następny super njus kulturalno-polityczny. Ręce mi opadły, jak to czytałem. Naprawdę nie mogę zrozumieć, o co chodzi tym ludziom. Pierwsze skojarzenie miałem z apelem artystów w sprawie niewyrzucania Lyncha i Gehry'ego z Łodzi, z Żydowiczem w tle. W końcu nie jest tajemnicą nawet poliszynela konflikt między zwolennikiem porozrzucanych pudełek a zwolennikiem szklanej rury. Trochę to stanowisko rozjaśnia linkowany w artykule felieton Doroty Jareckiej. Ale tylko trochę. Bo nie rozumiem, w czym lepszy dla Kobro (!) miałby być pociąg od rynku. Niby, że NCŁ to przedsięwzięcie w dużej mierze komercyjne, a tylko w niewielkiej artystyczne. No, ale pociąg to przedsięwzięcie w 100% komercyjne!

Jak dla mnie to polityczna ściema. Przykro mi było, gdy przeczytałem w łódzkiej Wyborczej, że Jarosław Suchan był również przeciw umieszczaniu nazwiska Kobro w nazwie rynku, bo mimo że znam go tylko z widzenia, to darzę dużym szacunkiem za to jak wygląda dziś i jak działa Muzeum Sztuki, jasny punkt na mapie nie tylko Polski i Łodzi, lecz również Starego Polesia!

Być może do takiej decyzji przyczynił koszmarek językowy (mówi o tym wprost D. Jarecka) Kobro City, nieudolnie zresztą poprawiony na Miasto Kobro. Jakie miasto? Śmierdzi tanią kalką z angielskiego na milę kilometr. Skoro to ma być rynek, to dlaczego nie nazywa się rynek? Czy Rynek im. Kobro to zła nazwa? Mało, nie wiem, fejsbukowa?

Tak czy inaczej, przykro to wszystko czytać. Może po wyborach się to trochę uspokoi?

PS. Po południu w GŁ ukazały się jeszcze dwa njusy dotyczące kultury. Jeden o tajemniczej strategii w boju o tytuł ESK2016, drugi o konkursie  na dyrektora Teatru Nowego. Pierwszy to szeroki temat, zasługuje na odrębną notkę. Drugi skomentuję szybko: bardzo dobrze się stało, że jednak jest konkurs. Nawet jeśli kosztem utraty dobrego kandydata. Tłumaczenie Brzozy jak dla mnie zupełnie nieprzekonywujące. Świadczy o tym, że artyści przyzwyczajeni są do funkcjonowania w układach. Problem zaczynają mieć wtedy, kiedy nie pasują do układu:-)

15:02, miejskie_narty , miasto
Link Komentarze (4) »
środa, 12 maja 2010
FD4K

Dziś znów gruchnęła wiadomość, że kolejny łódzki festiwal zostaje zawieszony. Nie jest to oczywiście dobra wiadomość, lecz nie zabierałbym się od razu do potępiania komisarza i jego urzędników, co w łódzkim internecie ostatnio jest bardzo popularne.

Sam mam sporo zastrzeżeń do działalności obecnej ekipy. Sądzę, że jak tak dalej będą postępować, to mają duże szanse na przegranie nadchodzących wyborów, co przy gigantycznej niepopularności kliki Kropiwnickiego, skandalicznym stanie miasta w dniu odejścia prezydenta i wreszcie nieprzeciętnej bucie jego samego byłoby dużym wyczynem.

Ale akurat jeśli chodzi o festiwale, to jeszcze raz zalecam ostrożność, zwłaszcza, że o pochopne, krytyczne wobec urzędników wnioski z oświadczeń organizatorów festiwali bardzo łatwo. Być może rzeczywiście łódzkie PO jest tak bezrefleksyjne, że co i rusz strzela sobie w stopę "czepiając" się organizatorów, tym samym wystawiajac się na ich szantaże w postaci konferencji prasowych, podczas których ogłaszany jest "brak możliwości współpracy z obecnymi władzami". Jest to jednak dla mnie wątpliwy scenariusz - nie wydaje mi się, by Sadzyński (czy kto tam za nim stoi) był aż tak krótkowzroczny. Raczej widzę w tym działaniu niezbędne w dłuższej perspektywie przywracanie odpowiednich proporcji w relacjach między miastem a inicjatywami prywatnymi. O Centrum Camerimage i Marku Żydowiczu napisano już tyle, że nawet nie widzę sensu linkować odpowiednich tekstów, dość przypomnieć, że powód okupacji UM, czyli rzekomy deadline na składanie dokumentacji do ministerstwa w celu otrzymania funduszy unijnych okazał się ściemą. Jak można zatwierdzać przyznanie publicznych środków na projekt, którego twórca organizuje okupację sali obrad RM na kilka dni przed planowanym referendum, by wymusić przychylne dla siebie decyzje pod pretekstem, którego zweryfikowanie jako ściemniackiego powinno dziennikarzom zająć pół dnia, a który w obliczu ich niemocy i tak jest weryfikowany przez samo źródło, czyl Ministerstwo Kultury? Jak można zatwierdzać pieniądze na tak kosztowny projekt, więdząc, że nadchodzący budżet będzie mocno ograniczony? Dla mnie w całej tej gmatwaninie informacji płynących z różnych stron szala rozsądku przeważa się na stronę PO.

Jeśli chodzi o FD4K to znów póki co szerzej niewiele wiadomo. Pewnie, że szkoda, że tak ciekawa i popularna impreza się nie odbędzie, niemniej po czyjej stronie leży wina, tego na razie nie wiem. Wiem tylko, że skoro "nie widać dalszych możliwości prowadzenia rozmów", to znaczy że gdzieś nie ma woli prowadzenia takich rozmów. Szukam w sieci statutu Fundacji Festiwal Dialogu Czterech Kultur, z którą dziś umowę rozwiązało miasto (tej umowy nawet nie próbuję szukać), bo ciekaw jestem szczegółów działania tej organizacji, ale nie mogę znaleźć. Są oczywiście dokumenty Miasta Dialogu, z których niewiele wynika, oprócz tego, kto jest prezesem. Oczywiste zastrzeżenia może budzić zatrudnienie w Mieście Dialogu córki pani prezes - w końcu to jest instytucja działająca na podstawie umowy z miastem i w dużej mierze finansowana przez miasto. Nawet jeśli prawnie wszystko jest w porządku, etycznie, jak dla mnie, sytuacja słaba. Tak czy inaczej dziwi nieprzejrzystość relacji między Fundacją a miastem, zwłaszcza brak publicznej informacji o nadzorze fundacji. Niektóre fundacje publikują swoje statuty, by wspomnieć choćby fundację im. Stefana Batorego. Tam, m.in. w paragrafach 8, 12, 13, 14 jasno stoi zakres obowiązków poszczególnych ciał, zwłaszcza Rady, która pełni funkcję nadzorczą. Czemu w naszym przypadku trudno wyguglować coś podobodnego? Czemu miasto nie zadbało, by fundacja, z którą podpisuje umowę i którą decyduje się współfinansować nie ma takiego (a jeśli ma, to czemu jest nieupubliczniony) zapisu w statucie? Być może teraz nie byłoby takich sytaucji, gdyby ta przejrzystość była większa.

Pytań jest wiele, zresztą nie tylko odnośnie FD4K. Gdybyśmy chcieli np. dowiedzieć się ze strony Łódź Art Center, czym ta instytucja jest w sensie prawnym i w jaki sposób jest finansowana, to też się raczej nie dowiemy. A przecież kiedyś głośno było o mało sformalizowanym przepływie pieniędzy między miastem a ŁAC. Nie to, żebym się czepiał, ale wolałbym jednak, żeby tego rodzaju relacje na styku działalności publicznej i prywatnej były całkowicie przejrzyste. Bo inaczej wygląda to tak, że wystarczy zarejestrować fundację, mieć przychylność władz, a wtedy "powołuje się do życia" "centrum" czy "inicjatywę" publiczno-prywatną (gdzie publiczne są pieniądze a "prywatna" fundacja) i można dostać i siedzibę, i dotacje, i etat doradcy prezydenta ds., i zabytkową elektrownię za 1% wartości i tym podobne bonusy, o któych jeszcze nie usłyszeliśmy, ale pewnie kiedyś usłyszymy.

Na koniec tylko jeszcze raz zastrzegę, że nie jestem przeciwny tego typu inicjatywom. Jestem jak najbardziej za. Sam z chęcią zostałbym prezesem fundacji, ale póki nim nie jestem, to wolałbym, by przedstawiciele władz miasta wchodzili w deale tylko z takimi, które są na wskroś przejrzyste, nawet jeśli w świetle prawa ich statuty nie muszą być upubliczniane.

 

 

23:39, miejskie_narty , miasto
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2