Kategorie: Wszystkie | ASUL | forma | materiał | miasto
RSS
piątek, 02 lipca 2010
O "slumsie" ciąg dalszy

Czyli (rozbudowana) kontynuacja poprzedniego wpisu i komentarza do artykułu w GŁ. Tych, którzy nie mają siły czytać oraz tych, którzy lubią więcej, zapraszam niżej.

Do gazety napisał Michał Augustyn, którego znam wirtualnie z FŁ. Nie raz rozmawialiśmy o konieczności podjęcia przez miasto zmian w strukturze własności mieszkań komunalnych, przy czym Augustyn zawsze postulował "wyzbycie" się mieszkań przez miasto, co również teraz sugeruje w swoim liście. Zgadzałem się w większości z nim, choć wydaje mi się czasami, że najważniejsza jest zmiana myślenia o mieszkaniach komunalnych. Tzn. być może mniej ważne jest czyje de facto są te mieszkania, ile zerwanie z myśleniem o nich jako o komunalnych, czyli takich, które się ludziom po prostu należą. Być może rzeczywiście najlepszym rozwiązaniem jest ich sprzedaż, nawet, a w zasadzie zwłaszcza, za symboliczne kwoty i uruchomienie przez to rynku. Dziś możliwość wykupowania mieszkań obwarowana jest zakazem ich sprzedaży przez bodajże 5 lat, by wykluczyć spekulację mieszkaniami. W ten sposób wylewa się dziecko z kąpielą, bo blokuje mechanizmy rynkowe. Może da się w inny sposób wykluczyć spekulacje, by nie wykluczać obrotu rynkowego? Nie wiem, na pierwszy rzut oka wygląda na sprzeczność, ale przecież różne są instrumety rynkowe. Fachowcy powinni się wypowiedzieć.

Być może równie dobrze mogłoby funkcjonować ciało z gruntu gminne, lecz w komercyjny sposób zarządzające majątkiem dziś określanym jako "mieszkania komunalne"? Nie wiem. Znów odsyłam do ekspertów:-) Wiem tylko, że gmina póki co jest z mocno nieudolna, narażona na wpływy polityczne, uzależniona od lokalnych układów, co nawet dla laika znacznie ogrnicza jej sznase na wyłonienie takiego ciała, które działałoby całkowiecie rynkowo, czyli bez prezesów dentystów i ogrodników, nie na zasadzie przypudrowania reliktu minionej epkoki, ostoi ery peceta łupanego, kalki karbonowej i przykurzonej paprotki na parapecie - czyli gminnych AN-ów! No, ale może się da. Przynajmniej trzeba rozważyć.

Tak czy inaczej, nawet jeśli zmiana struktury własności i zarządzania nieruchmościami (jeszcze)  gminnymi jest jednym z podstawowych warunków poprawy stanu Starego Polesia i innych śródmiejskich rejownów, nie jest jedynym. Poniżej kilka innych warunków, obiecanych w poprzedniej notce, z jednej strony wpływających na życie tych, których wielu nie chciałoby na Starym Polesiu widzieć, z drugiej zachęcających tych, którzy przeprowadzając się tutaj podnosiliby "standard" okolicy.

1. Kwestia "żuli", "meneli" i "zwykłych", zmęczonych życiem ludzi

Co  oznacza wysiedlanie, co postuluje prezes Cieślak? To nic innego, jak tylko jeden z aspektów zmiany struktury społecznej okolicy. Można ją zmieniać na różne sposoby, "wysiedlanie" brzmi horrendalnie, kojarzy się jeszcze gorzej i jest chyba najbardziej radykalnym ze sposób (po biblijnym potopie i Neronowym podpaleniu miasta rzecz jasna).

Ja sobie nie wyobrażam pozbywania się części mieszkańców innego niż robionego na zasadzie wymawiania umów najmu tym, którzy notorycznie nie płacą czynszów i mają z tego tytułu ogromne zadłużenie. Tylko wpierw trzeba mieć ich gdzie "przesiedlać", a to nie jest takie proste - bo, co, ma gmina wybudwać całe osiedle gettowe? Ma budować bloki na różnych osiedlach i w ten sposób tworzyć getta blokowe? Trudno to sobie wyobrazić, bo raz, że koszta, a dwa, że spotkałoby to się z gigantycznymi protestami ludzi obok tych bloków mieszkających.

Wydaje mi się, że sensownym rozwiązaniem było by zrobienie mapy istniejących już mieszkań (jeszcze) komunalnych i jednostkowa mrówcza praca rozrzucania pojedynczych rodzin do mieszkań z dala od centrum. Wcześniej jednak trzeba by wymówić "normalnym" najemcom tych mieszkań, czyli de facto zlikwidować pojęcie mieszkania komunalnego, a zostawić mieszkania socjalne, dla tych, którzy rzeczywiście sobie nie radzą. No, ale to wymagałoby odpowiednich rozwiązań prawnych i istnej rewolucji w mieście. Na to trzeba mieć siłę:-)

Bieda jest problemem i długo będzie, jednak główny problem nie sprowadza się do "żuli i pijaków", czyli jak rozumiem zdegenerowanych bezrobotnych. Ważniejszym problemem jest to, że zdecydowana większość mieszkańców okolicy, pracujących, traktuje ją jak slums, nie lubi jej, źle się w niej czuje. To są ludzie, którzy pracują, lecz żeby się utrzymać harują od świtu do nocy, nie mają czasu i ochoty, by myśleć w kategoriach dobra okolicy. Ledwo są w stanie zaspokoić swoje podstawowe potrzeby życiowe. Nie pilnują dzieci, nie sprzątaja po psach, nie widzą nic złego w rozjechaniu trawnika samochodem. Takich ludzi jest tutaj najwięcej. I z tej perspekywy mówienie o "slumsie" jest tym ludziom uwłaczające i ich poniżające. Choć część z nich pewnie sama by się zgodziła z tym określeniem. Tutaj oczywiście rozwiązaniem najprostszym byłoby podniesienie poziomu życia, czego rzecz jasna nie da się zrobić sztucznie. Paradoks jest taki, że jak Łódź się będzie bogacić, to i ci biedni mieszkańcy się będą bogacić. Ale dopóki ci biedni są biedni i myślą tylko o sobie, centrum wygląda, jak wygląda i straszy inwestorów, ci się ulatniają i nie dają ludziom się wzbogacić. Koło się zamyka.

I winne temu oprócz sytuacji gospodarczej Polski i Łodzi są kolejne władze miasta: nie ma żadnej polityki zmieniania ścisłego centrum tak, by było bardziej przyjazne mieszkańcom, SM i policja reagują z taką opieszałością, że faktyczne żuliki (których nie ma w rzeczywistości tak dużo, lecz ponieważ w odróżnieniu od nie-żuli wystają w bramach i szwendają się po ulicach są bardziej widoczni) czują się bezkarnie. Nieuregulowany (przez gminę) stan prawny kamienic jest dyżurną wymówką dla zaniednań itd. Słowem miasto nie zrobił dosłownie nic, by uprzyjemnić życie człowiekowi, który pracuje w hipermarkecie na kasie. Jego dzieciaki nie mają gdzie kopać piłki, jego kamienica wygląda jak rozpadający się chlew, bo AN "nie ma pieniędzy" na remonty, mimo że zbiera na fundusz remontowy. Ci ludzie są zniechęceni nie tylko własną trudną sytuacją, lecz także tym, że w AN-ach widzą wrogów, policja i SM nie umie z nimi rozmawiać, o pomocy już nie wspominając.

Co do tego, że żulików nie zmieni się od tak, to wiadomo, pisałem o tym już wcześniej. Czy nie zmieni ich się na przestrzeni kilku, kilkunastu lat, tego nie wiem - na pewno da się, a przynajmniej da się spróbować. Póki co się nie próbuje - np. na Starym Polesiu nie znalazło się miejsce na żadnego Orlika. Innych rozwiązań też brak.

Potrzeba mechanizmów takich, dzięki którym żulikom będzie trudno funkcjonować, a "normalnym" łatwiej i przyjemniej. Gdyby mieszkańcy mieli powszechną świadomość, że na każde ich zgłoszenie o pijących na ulicy piwo i hałasujących kolesiach w ciągu paru minut przyjeżdża patrol i utrudnia tym kolesiom życie, to ręczę, że szybko zwyczaj wieczornego picia i darcia mordy w bramach by się skończył.

Gdyby za niezapłacony czynsz regularnie przyłaził do domu komornik i konfiskował plazmy (a jednocześnie wiadomo by było, że w mieszkaniu socjalnym np. na Dąbrowie zamiast komornika przychodzi jakiś kurator i z nim już jest inna rozmowa), gdyby za wagary dzieci rodzice ponosili jakieś realne konsekwencje, gdyby brak opieki nad małymi dziećmi spotykał się z rzeczywistymi problemami rodziców (znów kuratorzy i inni streetworkerzy są niezbędni), to żuliki miałby ciężkie życie. Można oczywiście położyć akcenty tak, że ci, którzy godzą się na przeniesienie do socjalnych lokali objęci są programem z jednej strony lżejszym dla nich (czyli bez komornika itp.) z drugiej zmuszających ich do pracy nad sobą.

To są działania długoterminowe i kosztowne, ale jednak niezbędne, by "odżulić" centrum - czyli pozbyć się tych najbardziej hardcorowych, a tych , którzy mają pracę, płacą czynsz i pilnują z grubsza, by dzieci chodziły do szkoły, lecz hobbystycznie lubią postać w bramie z piwkiem, czy nie wyobrażają sobie sprzątnięcia po swoim ukochanych amstaffie, przekonać do zmiany nawyków.

 

2. Kwestia zachęcania "zwykłych" niezmęcznonych życiem, młodych ludzi do osiedlenia się tutaj.

Druga strona medalu to działania zachęcające do osiedlania się tutaj. Miasto powinno zachęcać powiedzmy 30-latków, by tutaj kupowali sobie mieszkanie, a nie myśleli o nowych blokach gdzieś na peryferiach czy domu w Rąbieniu. Dopóki takie działania nie zaczną być wdrażane, nie ma mowy o tym, żeby zlikwidować "slums" - bo nie da się wyeksmitować wielu tysięcy ludzi ani nie da się ich ot tak pomalować na europejsko niczym trawę na zielono. Oczywiście skuteczne wprowadzenie rozwiązań z poprzedniej części automatycznie działa jako zachęta dla przyszłych mieszkańców, jednak nie jest wystarczająca.

Niezbędne jest takie przeprojektowanie przestrzeni, żeby było przyjemniej zwykłym ludziom - czyli ograniczenie hałasu, zwiększenie bezpieczeństwa, zazielenienie oraz konsekwentne i realne wspomaganie remontów kamienic. Gdyby gmina część swoich dziś komunalnych mieszkań ze Starego Polesie przeznaczyła na sprzedaż (bądź do najmu), dając preferencyjne warunki np. absolwentom łódzkich uczelni i przy spełnieniu wcześniejszych warunków, to okolica wyglądałaby inaczej. W końcu zaczęto mówić o wprowadzeniu buspasów. To dobra wiadomość, lecz potrzeba jest kompleksowa zmiana charakteru ulic. Musi być ciszej, musi być wolniej, musi być bezpieczniej. Pisałem już o tym klika razy, m.in. tu na blogu. Ciszej będzie wtedy, gdy samochody będą jeździć wolniej. Jednocześnie będzie bezpieczniej - czyli wystarczy efektynie zwolnić ruch samochodowy, by mieć dwie pieczenie z jednego ognia.

Pisałem już o obiektach sportowych, których brakuje. Poza nimi niezbędne są place zabaw dla dzieci. Nawet mini place zabaw. Tak, by łatwo było do nich dojść. Mamy baby boom, a miasto tego nie zauważa. Jedną z przyczyn, dla których ludzie decyują się na dom pod miastem, jest dobro dzieci. Dziś na Starym Polesiu, ludzie którym się dobrze powodzi (tak, są tu też tacy!) wożą swoje dzieci samochodami wszędzie - nie wypuszcza się ich "na dwór", bo jedyne co ten "dwór" oferuje, to zapuszczone bramy i dzieci niekoniecznie zaprzyjaźnionych sąsiadów, które grają w piłkę między jeżdżącymi autami.

Jeśli chodzi o zieleń, to mimo że jest tu jej jak na lekarstwo, często mieszkańcy doprowadzają do wycinania ostatnich drzew. Powód? Bo są to topole, które raz, że roną bardzo wysokie, często zasłaniając okna, a dwa, że pylą latem niemiłosiernie, uprzykrzając gospodyniom domowym życie. Słowem, nie są atutem, lecz utrapieniem. Trawniki, jeśli są, każdy wie, jakie są. Dopóki nie pojawi się zieleń i nie będzie to zieleń ujęta w karby, przemyślana zadbana, mało kto będzie chciał się tu wprowadzać.

Mnóstwo rzeczy jest jeszcze innych rzeczy do zrobienia tutaj, i mnóstwo rzeczy można zrobić. Książkę mógłbym na ten temat napisać:-)

My się po prostu przyzwyczailiśmy do tego, że tutaj jest syf i niejako z rozpędu, z rezygnacją akceptujemy ten stan rzeczy. Czas na zmiany!

PS. Tylko należy pamiętać, że wszelkie zmiany spotykają się dużymi prostestami - czasami słusznymi. Dlatego łatwiej jest opracować kompletny plan, z wyraźnymi celami i dobrze uzasadnionymi rozwiązaniami (czyli to, co ja tu próbuję na blogu amatorsko robić), by ludzie wiedzieli dlaczego i po co zmian się dokonuje. No i nie może mieć to formy 100-stronicowej urzędniczej bomby stylistycznej, bo nie spełni swojej funkcji - czyli nie przysłuży się do zrozumienia i zaakceptowania zmian przez mieszkańców.

13:11, miejskie_narty , forma
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 czerwca 2010
Spór o napis na murze

Historia napisu opisana przez łódzką Wyborczą jest niewiarygodna. Po pierwsze trudno zrozumieć, dlaczego w rejonie, gdzie na ścianach aż roi się od "żydzewów" i "kurew", Straż Miejska upatruje sobie akurat ten niewinny napis. Albo ktoś to rzeczywiście zgłosił, albo po prostu zauważyli go, bo jest duży. Tak czy inaczej, nie widać tu zdrowego rozsądku. W razie gdyby panowie i panie strażnicy nie wiedzieli, gdzie szukać czegoś bardziej uchybiającego przyzwoitiści, to proponuję przejść się Lipową kawałeczek dalej:

Zdjęcie co prawda starawe, ale wygląd sklepu firmowego niezbyt się zmienił.

Po  drugie, zupełnie nie mogę zaakceptować postawy właściciela, cytowanego w artykule. Rozumiem, że nie chce on usuwać napisu, bo obawia się, że w zamian pojawi się tam coś gorszego. Jednak takie postawienie sprawy jest de facto przyznaniem się do bezsilności wobec kiboli, jest bierną zgodą na wandalizm. Takie uzasadnienie swojej decyzji jest niepojęte. Co innego, gdyby on sam był kibolem i sam był sprawcą nieszpecącego, nieobraźliwego napisu. Wtedy sytuacja byłaby inna. Bo jeśli nie ma wytycznych w sprawie wyglądu elewacji i ich estetyka jest uznaniowa, to w czym gorszy jest napis "Łódzki Klub Sportowy" od napisu "Solarium"? W niczym.

Dla mnie absurdalne jest, że właściciel spiera się ze Strażą Miejską o coś, co w ogóle nie powinno być przedmiotem sporu. Absurdalne do kwadratu jest to, że ofiara wandalizmu wchodzi w konflikt ze stróżami prawa, który skutkuje absurdalną korespondencją. Jak to się skończy - nie wiadomo.

Lekcja z tej historii jest taka, że powinno być jednoznacznie określone, co na własnej ścianie może być, a co kaegorycznie jest zabronione. Czy można reklamować salon fryzjerski zlecając grafficiarzowi-amatorowi wykonanie "dzieła" na elewacji? A przede wszystkim Straż Miejska powinna nauczyć się rozmawiać z ludźmi. Owszem ja tutaj utyskuję na motywację i argumentację właściciela, lecz przecież w świetle przepisów nie ma to znaczenia. Jeśli nie ma regulacji, napis jest nieszpecący i nie przeszkadza właścicielowi, to Straż mówi przepraszamy, dziękujemy, polecamy się do usług i idzie do Browarów Łódzkich. Tylko co, jeśli kierownik, yyy, menedżer, powie, że im napisy ze zdjęcia zamieszczonego powyżej nie przeszkaszają? Że może ewentualnie zamalować gwiazdę Dawida, jak to miało miejsce przy Próchnika? To wtedy jest problem. Bardzo jestem ciekaw odpowiedzi Straży Miejskiej. Czy GŁ ją poda?

Póki co powołują się na bliżej niesprecyzowane przepisy, które mówią, że elewacje powinny wyglądać tak, jak przewiduje projekt architektoniczny. Ciekawe, czy projekty architektoniczne wielu kamienic z centrum przewidują np. ciapy z zaprawy w miejscach urżniętych balkonów, bądź płyty wiórowe w miejscach wybitych okien? Jeszcze ciekawsze, kiedy gminna Straż Miejska zacznie wlepiać madnaty gminnym AN-om, jak tylko okaże się, że jednak nie:-)

 

 

18:45, miejskie_narty , forma
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 czerwca 2010
Piękne oczy Jońskiego vol.2

Oprócz wielu oczywistych radości płynących z faktu posiadania (wiem, słowo nie najlepsze, ale nic innego nie przychodzi mi teraz do głowy) małych dzieci, o jednej często się zapomina. Z dziećmi powinno się spacerować, więc chciał nie chciał, trzeba wygospodarować na to trochę czasu. Warto przy okazji zabrać apart, bo a nuż trafi się coś ciekawego!

I dziś się trafiło:-) Zobaczyłem realizację zapowiedzi prezdydenta Jońskiego przedstawionych wczoraj w mojej ulubionej gazecie lokalnej. Cytuję za GŁ:

Zdecydowaliśmy się na porządne remonty. Zniszczona nawierzchnia jest całkowicie wycinana i dopiero wykładany jest nowy asfalt.

Dziś przy skrzyżowaniu Zielonej i Żeromskiego naprawa nawierzchni wyglądała w ten sposób:

Żeby oddać Jońskiego sprawiedliwość, muszę dokończyć cytat z artykułu:

Niestety, takie prace trwają o wiele dłużej. Z taczki asfalt lejemy tylko w sytuacjach, gdy droga ma być wkrótce gruntownie remontowana.

Czyli należy rozumieć, że Zielona przy rynku już za chwileczkę, już za momencik przejdzie gruntowny remont. Mam nadzieję, że nie będzie polegało to na tym, co zrobiono na Żeromskiego, czyli na wykopaniu kilku dziur, zamknięciu jednego pasa ruchu na ponad pół roku i powróceniu do remontu wtedy, kiedy okazało się, że dlasze przeciąganie struny będzie grozić konsekwencjami finansowymi.

Tak czy inaczej, będę informował o postępach w gruntownym remoncie. A zanim on nastąpi, prześlę zdjęcia dziur, która powstaną za dwa tygodnie, gdy wyleci ten asfalt, który dziś pomarańczowi lali. Stay in touch!

 

 

 

14:57, miejskie_narty , forma
Link Komentarze (2) »
wtorek, 04 maja 2010
Jest dobrze

Zeszłotygodniowy spacer po Łąkowej zaowocował jeszcze jednym zdjęciem.

Kamienica niezbyt może urokliwa i ciekawa, jednak z pewnością wyrózniająca się pozytywnie na tle innych na Starym Polesiu. Pisałem już tym kiedyś na , ale dopiero teraz trafiłem na niezłą ilustrację mojej tezy, nie tyle zresztą odkrywczej, ile po prostu zdroworozsądkowej. Otóż syfiasty krajobraz Starego Polesie (i w ogóle centrum) tworzony jest nie tylko poprzez opłakany stan kamienic (i kryjące się za tym usprawiedliwenie-wytrych: "nie ma pieniędzy"), lecz także, jeśli nie głównie, poprzez najzwyklejsze zaniedbania tych elementów, które zasadniczo nie są bardzo kosztowne w utrzymaniu (z jednym wyjątkiem), lecz wymagają odrobiny planowania i codziennej, konsekwennej pracy.

Zacznę od wyjątku: chodnik jest zamieciony i równy. Jak widzę nierówny, dziurawy bądź wybrzuszony korzeniami drzew (często już bez samych drzew) chodnik, to odbieram mesydż o tym, że ktoś po prostu o ten teren nie dba. Że toleruje niechlujstwo, bylejakość, zaniedbanie i degrengoladę. Że daje sygnał mieszkańcom i przyjezdnym: "tutaj twój pies może się wysrać, tutaj możesz cisnąć puszkę po piwie, tutaj możesz wypluć gumę i rzucić peta - i tak jest przecież syf i nieporządek". Zadbane, przemyślane i zagospodarowane chodniki to znak, że w danym miejscu panuje administracyjny porządek. Bo i ile budynki miewają różnych właścicieli, o tyle za chodnik, a przynajmniej za jego wykonanie, odpowiada zarządca danej części miasta. Jeśli chodzi o zamiatanie, to sprawa też jest nieoprosta - co z tego, że o 6 rano dozorca (w posaci praconika firmy sprzątającej) przyjdzie i zamiecie, skoro tuż po jego odejścu zaczyna się procesja psiarzy?  Administratorzy zazwyczaj dają ciała. Ma być zamiecione? Przecież jest zamiecione! A że cały dzień jest brudno, to już tylko wina brudzących przechodniów. Otóż nie tylko. Także tego, że sprzątanie jest nieefektywne. Na zdjęciu widać jednak (fakt, że słabo) że akurat jak tamtędy przechodziłem (po czternastej) było czysto. Ktoś najwyraźniej sprząta nie tylko o 6 rano.

Po drugie elewacja tej kamienicy jest niezamalowana sprejem. Być może nikomu nie przyszło do głowy, by tam coś malować - jednak bardziej prawdopodobne jest, że ktoś te napisy regularnie usuwa. Pisałem już o tym, więc nie będę się powtarzał.

Po trzecie - jest zadbana i solidnie zabezbieczona zieleń. Trawa nie jest droga, utrzymanie jej w porządku na pewno jest jednak pracochłonne. Więc wydaje się oczywiste, że ktoś kto planuje trawnik w miejscu publicznym, powinien go w jakiś sposób zabezpieczyć przed ludźmi z psami, ludźmi z samochodami i ludźmi bez psów i bez samochodów. Dlaczego większość trawników jest niezabezpieczona bądź zabezpieczona nieudolnie, niechlujnie i prowizorycznie? Administrator znów źle wykonał swoją robotę. Na zdjęciu widać solidne ogrodzenie. Owszem, trawnik tuż przy ścianie budynku nie jest zagrożony przez parkujące samochody, ale przez psy jak najbardziej. I nawet jeśli taki płotek nie powstrzyma wszytskich psów, to część na pewno. Poza tym w "ogródku" są również drzewa. Być może są za duże, być może wygodniejsze byłyby jakieś gatunki typowo miejskie. (Szukając jakiejś ilustrcji do widoków znanych z bardziej cywilizowanych miast, znalazłem to. Kiedy u nas podobny projekt?) Jednak drzewa są, i są zielone (przynajmniej jedno:-). Dla porównania wklejam trawnik i drzewa z al. 1Maja:

Nieogrodzony, niezielony, zakupiony. Co ciekawe widać, że ktoś coś na tym "trawniku" grabił. Podejrzewam jednak, że chodziło raczej o sprzątnięcie do z psich kup niż jakieś czynności ogrodnicze.

Na koniec pytanie: kto gopodaruje tym (i podobnymi) trawnikiem? Skoro ciągnie się on na wysokości kilku budynków, to trudno założyć, że adminitratorzy poszczególnych kamienic (tak jak mają obowiązek dbać o chodnik przylegający do kamienic). Trudno też wyobrazić sobie, że wszystkie kamienice są np. gminne i dzięki temu jest jeden odpowiedzialny administrator. Ktoś coś wie?

15:25, miejskie_narty , forma
Link Komentarze (3) »
wtorek, 13 kwietnia 2010
Mam nową klawiaturę w laptopie

Nie było mnie tutaj prawie trzy tygodnie - na usprawiedliwienie mogę podać wiele różnych okoliczności (większość z nich ma wytłoczony napis "Huggies", inne - "Salbutamol", "Diphergan", "Ospamox", "Zinnat", "Flegamina" i tym podobne), z których najbardziej błaha, lecz jednocześnie  najbardziej wkurzająca, to brak spacji w klawiaturze. Niby miałem jakąś zastępczą zewnętrzną, ale wiadomo jak ciężko się pisze na czymś, czego nie używa się na co dzień. Dziś w końcu zainstalowano mi nową w serwisie, więc spieszę coś skrobnąć, by reszta czytelników nie zniechęciła się do końca.

O katastrofie w Smoleńsku nie mam zamiaru pisać, mimo że czytam i oglądam o tym prawie non-stop.

Na ośce wiosnę widać coraz bardziej. Dzieciaki jak co roku nie mają gdzie pójść, więc snują się po podwórkach i po ulicach. Piach jak co roku zalega przy krawężnikach. Jedyne pocieszenie to to, że gigantyczne dziury na pety, puszki i butelki w końcu znów przyciągnęły facetów w pomarańczy i może wreszcie ten koszmar barierkowy się skończy.

W Muzeum Sztuki znów(?) otworzono kawiarnię. Jutro mam dzień wolny (powiedzmy), więc może uda mi się tam zajrzeć na parę minut.

Śmieszne - od jakiegoś czasu zbierałem się, żeby napisać coś o Zielonym Rynku, a zwłaszcza o kolesiach handlujących tam bez żenady lewymi fajkami, a tu GŁ mnie uprzedziła. Co prawda red. Masłowski nie pisze o placu Barlickiego, lecz może to i lepiej, bo kolesie nic sobie z artykułu nie zrobili i nadal stoją, tam gdzie stali. Nie chciałem jednak pisać kolejnej "interwencyjnej" notki (nie tylko dlatego, że ostatni mój czytelnik ich sobie nie życzy) - dla mnie rynek jest fascynujący, bo jest autentyczny - życie tutaj płynie swoim, całkiem żwawym, tempem i wiele różnych postaci składa się na jego klimat, także szemrani kolesie z szemranymi fajkami. Jeszcze o tym napiszę obszerniej.

Z innych ważnych zdarzeń z życia dzielnicy, to oczywiście pożar w willi Kellera. Dla mnie najciekawsza była informacja o tym, kim jest właściciel: to hollywoodzki aktor kina akcji, Max Ryan. Wygląda na to, że kupił sobie ten podniszczony pałac przypadkiem, przy okazji kręcenia w Łodzi filmu. Czy rzeczywiście tak było? Czy to wygląda w ten sposób, że jedzie sobie taki ktoś, patrzy przez okno i wpada mu w oko budynek, który postanawia kupić? Czy ktoś inny mu to może podsuwa jako lokatę kapitału? "Wiesz kupisz teraz za grosze, poczekasz z 10 lat, to to miasto z pewnością odbije się od dna i real property nabierze real prices." - podpowiedział życzliwy opiekun? Czy tak właśnie wygląda inwestowanie w Łodzi? Ciekawe z jakich prawdziwych pobudek działkę tuż obok kupił ex-piłkarz Koźmiński? Czy rzeczywiście coś tam będzie robił, czy też ruina będzie czekać na lepsze czasy? Zobaczymy.

Co jeszcze?

Parę kamienic odzyskuje blask. Powinienem chyba rozpocząć sporządzanie dokumentacji fotograficznej starych budynków na całym osiedlu. Z dwóch powodów - po pierwsze by, móc dostrzec zmianę na lepsze i pokazać ją Wam, a po drugie by móc dostrzec zmianę na gorsze i też Wam pokazać. Bo jednak część odnowień obywa się po cienkich - i w efekcie kamienice zaczynają przypominać bloki. Być może ktoś byłby chętny, żeby wesprzeć mnie w budowaniu takiego spisu stanu dzielnicy? Dzień coraz dłuższy, słońca więcej, nic tylko chodzić i pstrykać!

 

 

01:48, miejskie_narty , forma
Link Komentarze (9) »
wtorek, 23 lutego 2010
Skoksowani kolesie

Na rogu Próchnika i Żeromskiego jest sobie kamienica, po której dobrze się maże sprejem. Najpierw było coś, czego już nie pamiętam, potem Straż Miejska została zmuszona do podjęcia akcji wypisywania mandatów właścicielom i administratorom  za nieusunięte napisy o treści rasistowskiej, w wyniku której pojawiły się widoczny na zdjęciu gustowny różowy podkład, potem pojawił się czarny napis widoczny teraz na pierwszym planie - czyli "skoksowani kolesie - ŁKS Polesie", następnie równie stylowy, co oryginalny RTS przeplatany gwiazdami Dawida (nie wiem, czemu edytor bloksa nie ma ich w puli symboli), niestety dziś już niewidoczny, a na koniec, w miejsce granatowych gwiazd i RTS-u wykwitły te żółtawe ciapki, które można dostrzec na focie. I ten stan utrzymuje się już co najmniej pół roku.

Jak to wszystko interpretować? Zacznijmy od Straży Miejskiej. Całą akcję wlepiania mandatów właścicielom i administratorom budynków za tolerowanie napisów na murach uważam za słuszną, mimo że wzbudzała ona sporo kontrowersji. Że niby za akt wandalizmu karała ofiarę tegoż aktu, a nie sprawcę. Otóż nie. Kara spotykała właścicieli nie za akt, lecz za tolerowanie skutków tego aktu. Za sam akt, gdyby nieudolne SM czy policja były w stanie ich złapać, oczywiście odpowiadaliby sprawcy, Czy kara nałożona na nich byłaby wyższa niż mandat na administratora, to już inna kwestia, choć oczywiście absurdów w Polsce (więc i w Łodzi) nie brakuje. Straż Miejska, wiem to bo widziałem ich akcję na własne oczy, brała na celownik (czyli przyjeżdżała, robiła fotę i nakazywała administratorowi usunięcie napisu  wciągu 24 godzin pod groźbą mandatu w wysokości 500 zł) jednak wyłącznie te zgłoszone przez kogoś budynki. I tak na przykład przyjechali do naszej kamienicy, na której od lat widniała zapomniana przez wszystkich gwiazda Dawida, pstryknęli i pojechali dalej. Tyle tylko, że przyjeżdżając zaparkowali po drugiej stronie ulicy, dokładnie pod taką samą, jeśli nie większą gwiazdą wkomponowaną w zmyślny "Żydzew" (gwiazdy zamiast "Ż" i "w"). Lecz ich już nie sfotografowali (kilkanaście tygodni później stamtąd też zniknęły). Wydaje mi się, że przez te kilkanaście tygodni naprawdę wiele kamienic pozbyło się wulgarnych i rasistowskich napisów ze swoich murów. I stąd all in all plus dla strażników.

Teraz ludzie, którzy dzwonią/dzwonili. No ok, tak trzeba robić. Sam jednak nie zebrałem się ani razu, by zadzwonić po SM, choć jak żuliki piją mi pod oknem i hałasują, to raczej dzwonię. Być może wychowałem się w takim kontekście kulturowym, że taka akcja po prostu byłaby przyjęta jako szczyt żenady, obciachu czy lipy, mimo że z gruntu jest słuszna. Trudno powiedzieć. Myślę, że zadzwonię w końcu w sprawie skoksowanych kolesi także po to, by przekonać się, czy akcja jeszcze trwa i czy "kolesie" kwalifikują się pod mandat, bo jest najciekawsze w tej przydługawej historii. Czyli przechodzimy do trzeciej strony wciągniętej w wir akcji SM - do ludków odpowiedzialnych za zamalowanie napisów. W przypadku mojej kamienicy ja byłem za to odpowiedzialny. Co zrobiłem? Ano policzyłem, ile metrów ma front kamienicy, pomnożyłem to przez 2 z małym hakiem (wysokość od ziemi do mniej więcej okien na parterze) i zamówiłem odpowiednią ilość farby plus 10 litrów. Całość z malowaniem kosztowała kilkaset złotych (o ile dobrze pamiętam 500). Po prostu dla mnie było oczywiste, że należy wykorzystać okazję, bo choć trochę odświeżyć elewację - choćby do wysokości 2 metrów. Farbę oczywiście dobrałem tak, by jak najmniej odcinała się od reszty budynku.

A co sobie myśli ktoś, kto najpierw paćka napis na różowo, potem, gdy pojawia mu się "Skoksowani kolesie..." nie robi nic, a dopiero, gdy mu na "kolesiach" domalują gwiazdy Dawida zamazuje je jeszcze innym kolorem farby tak, by przypadkiem nie najechać na "kolesi"? Co sobie taki ktoś myśl? Nie ma zielonego pojęcia. W całej Łodzi jest mnóstwo przykładów bezmyślnego zamalowywania napisów - robi się to punktowo, w kolorach od czapy, czasem wręcz (bym nie uwierzył, gdybym nie zobaczył na Jaracza) poprawiając litery napisu farbą zbliżoną kolorem do elewacji. Efekt -  spodziewany. No, ale co trzeba mieć z głową nie tak, żeby zamalowując omijać część napisu? Możliwości dla mnie są dwie, a właściwie jedna. Albo zamalowywał to ten, kto wrzucił wcześniej "kolesi" albo ten człowiek źle dawkuje medykamenty. Tak czy inaczej musi być skoksowany. Tylko dlaczego innym mieszkańcom to nie przeszkadza?

22:47, miejskie_narty , forma
Link Komentarze (4) »
wtorek, 09 lutego 2010
Ulice

Ponieważ nikt mi nic nie zasugerował po apelu pod koniec poprzedniej notki, to zaczynam swoją litanię. Czyli piszę o tym, co sprawia - jak mi się wydaje - że Stare Polesie nie jest dzielnicą mieszkalną o określonym charakterze, lecz w gruncie rzeczy słabo zdefiniowaną przestrzenią gdzieś prawie w centrum miasta.

Zaczynam od ulic.

Ulice u nas jakoś nie sprzyjają mieszkańcom.  Zaprojektowane są głównie z myślą o tranzytowym ruchu samochodowym - czyli tam gdzie się dało upchnięto dwa pasy w jedną stronę, patrząc od góry: Próchnika, 1 Maja, Więckowskiego, 6 Sierpnia, Struga, Skłodowskiej i Zamenhofa. Ulice w osi północ-południe już rzadziej są jednokierunkowe, lecz ich funkcja zasadniczo jest podobna: Łąkowa, Żeromskiego  i Wólczańska to także bardzo ruchliwe ulice bardziej przystosowane do tranzytu niż do dojazdu w określone miejsca przy nich się znajdujące.

Oczywiście trudno sobie wyobrazić, żeby całe Stare Polesie "zamknąć", czy wygrodzić od reszty miasta, jednak jak dla mnie zdecydowanie za dużo tutaj "tranzytu". Negatywnym skutkiem jest to, że po wyżej wspomnianych ulicach (a stanowią one więcej niż połowę ulic Starego Polesia) trudno, niemiło i niebezpiecznie przemieszczać się inaczej niż samochodem. Chodniki są wąskie, w większości strasznie zaniedbane, z wystającymi kawałkami płyt i korzeniami drzew - niekiedy bez samych drzew. Poruszanie się pieszo (pieszo z wózkiem dziecięcym!) rowerem czy wózkiem inwalidzkim jest mordęgą. A tu przecież się gównie mieszka i pracuje. Dlaczego większość ulic ma służyć nie mieszkańcom i pracownikom Starego Polesie, lecz tym, którzy przez nie przejeżdżają?

Pewnie dlatego, że ci, którzy zadecydowali o takim tych ulic charakterze w życiu nie pomyśleli o Starym Polesiu jako o osiedlu, dzielnicy czy w jakkolwiek inaczej nazwanym obszarze, na którym mieszkają ludzie, którym należą się godne warunki życia. Nie ma życia bez przyjaznych, bezpiecznych i funkcjonalnych ulic. Oczywiście zaprojektowanie odpowiedniego ruchu jest tylko jednym z warunków, by te ulice były takie, jakie wszyscy (wszyscy którzy tu mieszkamy i pracujemy) byśmy chcieli mieć. Ale to jest moim zdaniem jeden z warunków podstawowych.

Co w praktyce mam na myśli - uspokojenie ruchu poprzez zostawienie jednego pasa. W miejsce drugiego powinny być utworzone rozsądniejsze miejsca parkingowe (czy po skosie nie zmieści się więcej aut niż jeden za drugim?), pas dla rowerów i przede wszystkim szersze oraz równiejsze chodniki. Przecież i tak te ulice przez kilka miesięcy w roku stają się jednopasmowe, co widać na poniższych zdjęciach. Jakoś świat się od tego nie zawala:

i:

Jeszcze jedno: nie wspomniałem o dwóch grupach ulic: Gdańskiej i Zielonej, które niejako nadają Staremu Polesiu ram i są najważniejszymi, najbardziej charakterystycznymi i najładniejszymi (Gdańska!)  ulicami dzielnicy oraz o zespole ulic: Strzelców Kaniowskich, Pogonowskiego i Lipowej, przy których ruch jest w dużej mierze uspokojony, taki jaki powinien być.

Gdańska i Zielona są wiecznie zakorkowane. Połączenie tramwajów i samochodów najwyraźniej nie sprawdza się. Gdyby tam chcieć upchnąć powiedzmy pas dla rowerów, to w obecnym układzie po prostu by nie było miejsca. W przypadku Zielonej mówię tutaj o odcinku od Kościuszki do Żeligowskiego, w przypadku Gdańskiej - o niej całej. A przecież Gdańska mogłaby pretendować do miana jednej z ładniejszej łódzkich ulic. A spacerować po niej prawie zupełnie się nie da.

 

12:14, miejskie_narty , forma
Link Komentarze (3) »