Kategorie: Wszystkie | ASUL | forma | materiał | miasto
RSS
wtorek, 01 marca 2011
"Kilka dekad stagnacji"

Wywiad łódzkich dziennikarek z profesorem Tadeuszem Markowskim z UŁ przeszedł jakoś bez echa, mimo tego że poruszane są w nim problemy żywo dyskutowane w Łodzi tuż przed wyborami samorządowymi. I mimo tego, że niektóre tezy stawiane przez profesora wydają się kontrowersyjne. Pan profesor uważa na przykład, że miasto nie powinno sprzedawać mieszkań z wysoką bonifikatą. Kilkakrotnie w wywiadzie daje wyraz swojej niechęci do tego pomysłu. W jednym miejscu odpowiadając na pytanie: "[...]dlaczego biedni trafiali do mieszkań akurat w centrach polskich miast?", mówi:


"Gminy mogły dysponować swoimi mieszkaniami. A posiadały je właśnie w kamienicach w centrach. Jednak nie samo rozlokowanie było największym błędem, tylko pomysł wielu miast, by sprzedawać mieszkania za symboliczną złotówkę. Najubożsi stali się właścicielami mieszkań w śródmieściach i szybko okazało się, że nie stać ich na remonty."

Dla mnie jest to stwierdzenie szokujące - albo powszechne przekonanie o przyczynach patologii w Śródmieściu jest błędne, albo pan profesor się jednak myli. Bo przecież od dawna "mówi się" o tym, że "menele" i "żule" mieszkający w gminnych mieszkaniach i niepłacący czynszów są problemem. Nie chce mi się szukać, ale kilka miesięcy temu był nawet opublikowany report z zadłużenia lokatorów mieszkań komunalnych przy samej Piotrkowskiej. Zresztą w innym miejscu w tym wywiadzie profesor również wspomina o lokatorach zalegających. A tu się nagle okazuje - bo jak inaczej rozumieć zacytowane zdanie - że tak naprawdę to problemem nie są lokatorzy, lecz właściciele. Czyli, że większość z kolesi wystających w bramach od rana, czy śpiących gdzie popadnie, jak pozwala pogoda, wykupiło kiedyś swoje mieszkanie za "złotówkę"? Trochę nie chce mi się wierzyć, bo przecież ta symboliczna złotówka, to dziś bodajże 5% wartości mieszkania. Skąd oni mieliby wziąć te kilkanaście tysięcy? I kto miałby im pomóc w formalnościach?

W innym miejscu rozmówca opowiada dziennikarkom:

"Bo po sprzedaży mieszkań za grosze powstał miks własności. Wiele kamienic jest w połowie prywatnych, w połowie należy do gminy. I nikt się nie poczuwa do remontów. Nic dziwnego, że nie ma chętnych na mieszkania w centrum".

I znów mnóstwo znaków zapytania - czy ten miks własności nie wynika raczej z nieuporządkowanych ksiąg wieczystych i nierozwiązanych spraw spadkowych przemieszanych z własnością gminną? I dlaczego niby mieszkańcy "prywatni" mieliby nie poczuwać się do remontów dlatego, że sąsiadują z mieszkańcami "gminnymi"? U nas poczuwają się. Owszem gmina oponuje, bo "nie ma pieniędzy", ale gminę da się przegłosować. I wtedy pieniądze się jakoś muszą znaleźć.

Inne tezy wywiadu też, myślę, mogą być dyskusyjne. Jak ta o tym, że w Europie nie ma żadnego miasta (za wyjątkiem stolic), gdzie nastąpił proces  - nieuchronny po procesie suburbanizacji - reurbanizacji. OK, może nie znam zbyt dobrze Europy, ale jak sobie przeglądam taki raport Mercera i widzę, że wśród miast z pierwszej 10 najlepiej nadających się do życia jest 6 nie-stolic, to znów nie chce mi się wierzyć, że wszystkie one (czy też tylko te 5 z Europy) są w fazie suburbanizacji i jeszcze nie weszły w fazę reurbanizacji. Czy życie w nich byłoby porównywalne do życia w niektórych stolicach (Wiedeń - słynący przecież między innymi ze swoich kamienic - jest tam na pierwszm miejscu), gdyby ich centra pustoszały po zamknięciu biur? Trudno uwierzyć.

Tak czy inaczej gorąco polecam wywiad, bo mimo niektórych - przynajmniej w oczach laika - kontrowersji, wnosi wiele do dzisiejszej dyskusji o Łodzi.

00:13, miejskie_narty , ASUL
Link Komentarze (2) »
niedziela, 13 lutego 2011
Dziennikarska wnikliwość

Znów można się tylko zdziwić, gdy czyta się takie rzeczy, jak doniesienia GŁ o pogróżkach kiboli na Chojnach i reakcji kierownictwa spółdzielni mieszkaniowej i Straży Miejskiej.

Prezes w żywe oczy leci w kulki, dobry strażnik nie chce zmuszać biednego prezesa do wysyłania jego jeszcze biedniejszych pracowników do biegania z farbą i pędzlem co noc po strasznym osiedlu, a potulny dziennikarz łyka te brednie i życie (kiboli) toczy się dalej.

Podobnie rzecz się miała z niedawnym "śledztwem" ws. Browarów Łódzkich i braku piwa. Zarząd nie chcę rozmawiać, dziennikarz "po licznych próbach" kontaktu publikuje komentarz i po sprawie. O wiele więcej można się dowiedzieć z głosów czytelników pod artykułami. Nie linkuję, ale bez problemu można zobaczyć, że wiele osób, które zna temat, ma ochotę podzielić się informacjami, do których GŁ nie chce bądź nie potrafi dotrzeć. (Tak, wiem, forum to na ogół brednie, owoce frustracji i wytryski żółci, jednak czasem brutalnie weryfikuje to, co spłodzi dziennikarz). 

I tyle krytyki. Czytelników pozdrawiam z Bukowiny. Z wieści z ośki tylko doniesienia gazetowe, tym razem optymistyczne: na Żeromskiego konkubina przeżyła scenę zazdrości.

PS. Po powrocie: Naprawdę, jak się wróci do Łodzi po przejechaniu tranzytem przez kilka miast, to ma się wrażenie, że nasze drogi albo nie były remontowane od wieków, albo spadł tutaj deszcz meteorytów. Albo, jak to mówi mój trzyletni synek: Gordon znowu tu zadziałał. Jeszcze parę miesięcy takich zaniedbań i będziemy mogli starać się o dodanie do listy miast partnerskich Groznego.

17:49, miejskie_narty , ASUL
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 stycznia 2011
Głośno w mieście o Starym Polesiu:-)

Przepraszam za długie milczenie, ale nie mam ostatnio w ogóle czasu.

Tym razem jednak nie o osiedlu, lecz o lokalnej prasie. Dwa printscreeny:

 

i:

 

Brawa dla młodszego aspiranta Grzegorza Wawryszuka za zacięcie literackie i dla redakcji obu gazet za umiarkowanie w cięciu. Tak trzymać:-)

14:48, miejskie_narty , ASUL
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 września 2010
Co powie tata?

Czyli czy Zdanowska jest kandydatką na prezdenta Łodzi?

GŁ najpierw obwieściła, że mamy już czterech pretendentów, w tym Hannę Zdanowską z ramienia PO, a następnego dnia, oczywiście później niż  czytelnicy komentujący na forum pod artykułem, jednak się zaczęła zastanawiać, czy rzeczywiście to Zdanowska jest oficjalnym kandydatem PO.

Mnie inspiracje GŁ wpisami "anonimowych łosiów z internetu", jak mówi pewien dziennikarz GW, nie dziwią. Nawet zdarzyło mi się czytać na papierze o tym, o czym pisałem jako anonimowy łoś (czyli miejskie_narty) wcześniej na forum łódź. Dziwi mnie jedynie brak głębszej refleksji nad tym, że kandydatem na prezydenta Łodzi ma być faworyt cichego pojedynku między Kwiatkowskim i Grabarczykiem.

Czy bez namaszczenia Tuska posłanka jest oficjalną kandydatką na prezydenta Łodzi, czy nie?

W Platformie Obywatelskiej zdania są podzielone. Stronnicy Zdanowskiej, czyli działacze z "obozu ministra Cezarego Grabarczyka", przekonują, że sprawa jest przesądzona, bo w zaciszu gabinetu Tusk musiał wyrazić zgodę na kandydowanie Zdanowskiej.

Natomiast politycy PO związani z ministrem Krzysztofem Kwiatkowskim twierdzą, że to wcale nie jest przesądzone.

Kogo namaści Tusk? Czy jego ucho okaże się łaskawsze dla Kwiatka czy dla Grabka? A jakie to ma w zasadzie znaczenie? Dla mnie takie, że wnioskuję, że żaden z ministrów nie jest zainteresowany podjęciem starań o Piotrkowską 104. Ministrów, którzy przecież wywodzą się stąd i mieliby realne szanse na zwycięstwo. Owszem, Kwiatkowski już raz poległ z Kropą, ale to było kiedyś - i on był gdzieś indziej i scena polityczna była inna. Nominowanie Zdanowskiej, która - i już widać wytykanie jej to w internecie - była przecież wiceprezydentem przy Kropie, to dla mnie sygnał, że tak naprawdę PO ma Łódź w głębokim poważaniu. Niech się tam lokalsi psztrykają - jak wygrają, będzie gitez, jak dadzą ciała, to trudno - myślą chyba bonzowie w stolicy. Szkoda.

Czy Chełmińska byłaby lepszą kandydatką od Zdanowskiej? Nie mam pojecia. Czy wyborcy jeszcze mniej zorientowani w lokalnej polityce ode mnie (a coś mi się wydaje, że jest ich sporo) będą wiedzieć. Coś wątpię. Czy wobec tego jednak boski Joński wychodzi na prowadzenie?  Hmm...

23:26, miejskie_narty , ASUL
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 września 2010
Bieda piszczy

Miałem pisać o czym innym, ale dziś ukazał się w ogólnopolskiej Wyborczej wywiad red. Urazińskiej i Blewąski z prof. Wielisławą Warzywodą-Kruszyńską o jej badaniach dotyczących enklaw biedy.

Ponieważ i dziennikarki łódzkie i profesor z UŁ, to i Łódź wspominana jest często.

Wywiad porusza ważny temat, zwłaszcza wobec różnych łódzkich pomysłów radzenia sobie z biedą (pot. żulernią) w centrum, o czym także tutaj pisałem. Niemniej wydaje mi się, że nic nowego ponad to, co podpowiada mi intuicja się nie dowiedziałem: bieda wciąż jest, enklawy (pot. getta) biedy wciąż są - szczególnie widocznie tam, gdzie padł przemysł, z biedy cierpią najbardziej dzieci, bieda jest dziedziczna. Każdy, kto zna centrum Łodzi widzi to na własne oczy.

Pani Profesor jest zdania, że nie należy wyrzucać ludzi do kontenerów, lecz starać się ich, ostrożnie i z rozwagą - mieszać z "normalnymi" rodzinami. Że potrzebne są programy, że Orliki sprzyjają wychodzeniu z biedy, że należało by inwestować w profilaktykę. Cieszy mnie przynajmniej to, że moja intuicja potwierdzona jest przez naukowe badania i autorytet.

Niemniej jako człowiek z wewnątrz - może nie z enklawy biedy, lecz z definitywnie biednej okolicy (za wyjątkiem sąsiada, który porshem kiedyś powoził;-)) - jestem chyba trochę większym optymistą niż jawi się w wywiadzie prof. Warzywoda-Kruszyńska. Myślę, że prawdziwa bieda jest tam, gdzie w domu dorośli (nawet wystarczy jeden) są alkoholikami w oldskulowym wydaniu - takimi z czerwonymi purchawami zamiast nosów, którzy chleją na potęgę, codziennie, od rana, póki sił starczy. Tam, gdzie nie jest aż tak drastycznie, widać zdecydowaną poprawę na przestrzeni kilku ostatnich lat.

Pamiętam, jak się tutaj wprowadziłem bodajże w 2004 czy w 2005 roku, na rogu Żeromskiego i 1 Maja był sklep z alko, który na swój użytek nazwałem "kratą", ponieważ w środku była klatka z metalowych prętów nie tyle dla ekspedientek, ile dla klientów. Klatka przypominała trochę designem wyposażenie komisariatu. Gdy wchodziło się do sklepu, wchodziło się zarazem do klatki: kraty były z przodu, po bokach i od góry. Cenny towar i nie mniej wartościowe sprzedawczynie były poza kratą. Gdy wszedłem tam pierwszy raz zimą, w środku stało dwoje mocnawo wypitych już ludzi z dzieckiem i psem. Stali i palili, bo na zewnątrz był siarczysty mróz. Dzieciak apatycznie trzymał smycz kręcącego się niecierpliwie kundla. I tyle. Doznałem niejakiego wstrząsu, lecz potem przywykłem do podobnych widoków. Dziś już nie ma "kraty" (Delikatesy "Balbinka", które zaistniały po "kracie" ostatnio wszakże przestały udawać delikatesy i teraz szyld zachęca do kupna "wódki, piwa, wina, papierosów") i dawno nie widziałem takiej sceny, jak pamiętnego zimowego wieczora. Choć oczywiście, jak chciałem w 24 XII koło 22 kupić flaszkę wina, to musiałem z 10 minut odstać w kolejce na ulicy wśród hordy kompletnie pijanych nastolatków. I to jest problem bardzo duży - jest powszechne przyzwolenie na picie (także publiczne) alko przez nastolatków.

Gdy obserwuję często biedne rodziny, gdzie nie widać alkoholizmu, to mam wrażenie, że nie jest tak źle. Może wynika to z tego, że dziś chiński szmelc z pudeł jest tani jak barszcz i na pierwszy rzut oka nie różni się zbytnio od chińskiego szmelcu z metkami? Może ta bieda jest ukryta przed oczami obcych? Możliwe, że tak. Jednak ja widzę poprawę.

 

23:52, miejskie_narty , ASUL
Link Komentarze (2) »